Milicja
@ANBU commander granny   
Wiek: 21 Na forum od: 2149 dni Posty: 2709 |
|
“There are few wars between good and evil; most are between one good and another good”
Zacznę od tego, że ten post będzie długi. Tak długi jak ta seria. Dodatkowo sądzę, że będzie tak samo emocjonujący jak wszystkie obejrzane przeze mnie 110 epów tego anime, tak samo pełen odniesień, spostrzeżeń, wątków oraz z dodatkiem takiej samej siek....nie, wróć...to nie ta seria. No i z góry przepraszam za kilka nieścisłości i dziwne zdania, ale jestem pod tak wielkim WRAŻENIEM, że trudno niekiedy było mi zebrać myśli lub też odpowiednio ubrać je w słowa, lub po prostu kiepski stan umysłu mógł spowodować, że do tekstu wkradło się kilka fabularnych baboli i , nie wszystko mogłam dobrze w serii zrozumieć. No, ale starałam się, serio .
To jest wersja 10 posta , 9 pozostały zostałby skasowane za słownictwo, tak szybko jak ten post by się pojawił na forum, a tego byśmy nie chcieli ~~ neee ;) ?
Ach i naprawdę starałam się streszczać i specjalnie nie przedłużać ani przynudzać, ale wyszło jak wyszło.
No i jeszcze jedno- w poście są spoilery, nie chce mi się upychać całego posta do tagów, dlatego zostaliście ostrzeżeni i czytacie na własną odpowiedzialność.....
Przepraszam, z góry za wszystkie niedogodności w trakcie czytania :<
Może więc przejdźmy od tego na co zwracam największą uwagę, zaraz po fabule, czyli od wizualiów jak to mam w zwyczaju : No cóż, seria raczkowała w 88, co widać, ale moje wprawne oko i umiejętność posługiwania się googlami umożliwiła mi sprawdzenie sobie co jeszcze wychodziło w tym zacnym roczniku, aż do zakończenia produkcji LOGHA. Po krótkiej analizie- cóż, w sumie LOGH jak na swoje czasy prezentował się nawet nieźle.
No dobrze, pierwsze...hmmm +20 epów to była masakra dla oczu, kolejne jednak dawały radę. Kreska dość realistyczna, próbowano zachować jakieś proporcje no i zalatywało mi trochę amerykańskim stylem, ale to akurat nie przeszkadzało. Charadesing- ech biszów, to ja bym tutaj raczej nie szukała, bo większość buziek prezentuje się nadzwyczaj przeciętnie, żeby nie powiedzieć brzydko, ale na plus idzie to, że są wyraźne różnice w tychże. Trochę bolały oddalenia na postacie, gdzie ludki wyglądały jak kolorowe worki, często też przy rysowaniu tłumów za bardzo się nie przykładano ,w wyniku czego dostawałam jakieś czarne ludziki, no ale....
Mam też duży żal, w kwestii rysowania kobiet. Lata 80’ to niestety okres kiedy większość płci pięknej w anime wyglądała bardzo...um..”męsko”. Trochę żal, że bardziej się do nich nie przyłożono, nie dano prawdziwie kobiecych kształtów i w ostatecznym rozrachunku czasem trudno było je odróżnić od męskich bohaterów.
Tła...hm...strasznie statyczne, dość proste, w przyduszonej kolorystyce, do tego układ większości pomieszczeń, w kolejnych lokacjach wyglądał tak samo. Rozumiem, że jeśli chodzi o szeroko pojętą „kosmiczną” architekturę, nie można się pokusić o specjalną finezję, ale mimo wszystko przydałoby mi się większe urozmaicenie.
Co do wojennej maszynerii – prezentowała się naprawdę ubogo, mało pomysłowo, dodatkowo miałam wrażenie, że już widziałam coś w podobnym stylu i o podobnym zastosowaniu, ale chyba wszystkie space opery lecą w pewnych kwestiach od jednej kalki. Do tego- trochę dziwne, że mimo wyliczenia tylu planet, dość sporego rozstrzału czasowego (akcja serii dzieje się przecież przez kilka lat), nie widać specjalnie żadnego progressu technicznego, żeby było śmieszniej- wydawało mi się do tej pory, ze własnie na wojnie , najbardziej inwestuje się w sztab konstruktorów takich zabawek, a tutaj w ogóle nie było tego czuć. Wszyscy przez lata używają tego samego sprzętu i jest fajnie...Yhm.
Aa , ale nic mnie tak nie rozbawiło jak te wszystkie...um.. ”wizualizacje” typu rozmieszczenie statków czy czegos tam- nie wiem jak oni to odczytywali, ale dla mnie kilka kolorowych , trudnych do określenia pod względem kształtu rysuneczków i wykresików, nie jest raczej czytelną wskazówką co do pozycji wroga, no ale w wojsku nigdy nie byłam, widocznie się nie znam i znać nie muszę.
No i jeszcze ocena sieki, czyli to na co czekałam najmocniej w tej serii, ale skupię się może najpierw na krwi. W sumie, lała się dość gęsto, niekoniecznie z sensem, wyglądała niesamowicie sztucznie, było jej zdecydowanie za dużo i...i fokle, po raz pierwszy miałam poczucie, że źle się komponuje z batalistyczna otoczką XD
„Najlepiej” wyglądały te sterty trupów tak pod koniec, które kojarzyły mi się z frytkami oblanymi wcześniej wspomnianym keczupem...tak.
Ketchupowi mówię nie. Zdecydowane nie.
Tak poza tym to strasznie ubogo. Prócz kilku starć ludków ze służbami porządkowymi, kilkoma „wizytacjami” żołnierzyków którejś ze stron u wrogów...jakaś taka posucha w tym względzie, ale może seria leciała przed 21 i dlatego tak ubogo to wszystko wygląda (chociaż nie, przecież to OAV....hmmm)
Ach i jeszcze coś odnośnie obrażeń- trzy czerwone krechy na krzyż albo wmawianie , że człowiek jest tak długo wstanie sapać z przeciętą tętnicą szyjną i kulą w okolicach serducha ...ktos nie odrobił zadań z anatomii ;d , ale wybaczam....to był 88...mogli nie wiedzieć ;d To samo się tyczy innych mocno przeciąganych zejść lub odratowania ludzi, którzy generalnie powinni nam tutaj umrzeć i zalać się krwią po paru sekundach , no ale nieważne...to takie heroiczne wysapywać wierność ojczyźnie i umierać na rękach ukoch...um...tego no....dowódcy...
Muzyka: muzyka była straszna. Począwszy od wzniosłego i dość patetycznego openingu numer jeden i dwa , które miały zapewne za zadanie bardziej podnieść hhmm klimat serii oraz no właśnie....wzmocnić wspomniane przeze mnie wcześniej poczucie wzniosłości , których zwyczajnie nie dało się słuchać dłużej jak 30 sekund, poprzez them’y w tle, które były równie męczące jak opy. Oczywiście, stylistyka serii rządzi się swoimi prawami, ale fajnie by było puścić w tle czasem coś żywszego niż rzępolenie kojarzące się z tanim horrorem klasy D (tak, już widzę to oburzenie, że nie doceniam klasyki, ale niestety, to nie jest to co specjalnie lubię ) czy przygrywkę na flecie (?) , rodem z Heidi.
No, ale ok., powiedzmy, że jestem wstanie to jeszcze jakoś wybaczyć. W sumie jedynym opem, który udało mi się przeżyć bez większego utyskiwania, był ten z numerem trzy...dzięki Ci boże, że był tylko w wersji instrumentalnej. Ach no i jeśli chodzi o animację- trudno cokolwiek powiedzieć. Dużo statycznych ujęć, dużo prostych przejazdów (szczególnie sobie upodobano ujęcia gęb, z różnych kątów) no i masa oddaleń, mających chyba tuszować jakieś buble przy rysowaniu...nie, nie chcę się w to mocniej zgłębiać wolę nie wiedzieć.
A i jeszcze tak odnośnie opów i edów- oglądałam za każdym razem animację do obu i jestem lekko rozczarowana- liczyłam, że twórcy pokuszą się o coś więcej i jakąś większą finezję, niż wstawianie gęb kolejnych bohaterów, ale w sumie to jest najmniejszy problem tej serii. Wszelkiej maści Gundamy w początkowej fazie też na to cierpiały (przynajmniej te które ja miałam „przyjemność” oglądać) i jakoś niespecjalnie zepsuły finalny odbiór całej serii so....w sumie można sobie to przewinąć i katorga z tego tytułu jakby mniejsza...
Co do trzeciego- tutaj było widać jakiś nieznaczny postęp, widać też było, że bardziej przyłożono się do animacji , a i pomysł na hmm „scenariusz” do niego bardziej dopracowano, co nie zmienia faktu, że i tak prezentował się cienko i po dwóch zapuszczeniach , podziękowałam mu, tak jak pierwszym dwóm.
Seiyuu było takie sobie. Horikawa Ryo mimo obiektywnie epickiego głosu (ten kto widział japońskie DB wie o czym mówię XD), tutaj brzmiał strasznie ..nie wiem, jakoś tak niemęsko, strasznie anemicznie i brakło mi w niektórych momentach powera.
Reszta- też nie jestem zachwycona. Większość dialogów brzmi strasznie drewniane i sztucznie, widać , że niespecjalnie się wczuwano. Słabo było czuć emocje, z małymi wyjątkami.
W sumie...w sumie chyba jedynie seiyuu Yanga było odpowiednio dopasowane i fantastycznie kontrastowało z jego osobowością. Tomiyama, Kei spisał się naprawdę na medal , ale nie dziwota , bo facet naprawdę miał do tego smykałkę i talent.
Fabuła- w sumie da się ją streścić jako ”Gadamy o ultimate kosmicznej siece, przez 110 epów i niewiele z tego wynika”. I na tym koniec.
No, ale po kolei. Największą bolączka tej serii jest to, że zarysowano nam jakiś konflikt , gdzie na główny plan wysuwają się (przynajmniej początkowo) dwie frakcje (chociaż jest i masa innych pobocznych, z których każda walczy o swoje) i...no właśnie. Niby się tłuką, niby dochodzi do jakiś starć, potem dochodzi nam coś a’la wojna domowa oraz masa pobocznych bitew, wynikająca z dziwacznie zawiązanych sojuszy, no ale właśnie. Na dobrą sprawę w ogóle nie było czuć, że wokół toczy się jakaś walka. Przywódcy kolejnych frakcji/burżuje/wpisać innych wysoko postawionych, plaprują przez całą serię o bzdurach, Reinhard niby też wiecznie się z kimś tłucze i został obwołany epic strategiem (sic !) chociaż na dobrą sprawę , prócz kilku decyzji wymuszonych „nożem na gardle” , nie kiwnął palcem i wiecznie tylko płaszczył tyłek wzdychając do siostry i przyjaciela (yhm, ta jasne, „przyjaciel”) . Naprawdę nie ogarniam jakim cudem wspiął się tak wysoko na szczyty władzy. Zasługi Yanaga też są wiecznie i nachalnie przypominane, ale...facet też siedzi na tyłku całą serię, czasem karząc komuś coś zrobić i racząc nas tanią filozofią, ale tak poza tym...
Oba te , ponoć genialnie umysły , prócz gadki i posiadania pozycji niewiele robią, a większość wydarzeń jest przedstawiane jedynie jako pomyślnie zakończone misje i ponoć pozytywnie rozegrane ich wizje bitwy, ale jakoś mnie to nie przekonuje. Do tego, cały czas odnosiłam wrażenie, że Reinhard po prostu korzystał z pomyślnie i dość przypadkowo ułożonego plotu, a nie własnych umiejętności taktycznych.
Pod koniec dopiero widać krew, siekankę, ale podaną zbyt późno i trochę w odrealnionej otoczce.
Z reszty fabuły- szkoda, że tak mało czasu poświęcono zwykłym szarakom, którzy trochę bez własnej wiedzy ani chęci zostali wciągnięci w wojenkę . Oczywiście, co jakiś czasem jesteśmy świadkami jakiejś rebeli, żali, raczeni jesteśmy stertą trupów (w pewnym momencie przestałam rozumieć skąd się ich tyle bierze i o co kaman z tymi cywilami, ale....),czasem pojawia się krótkie info o nastrojach społeczeństwach, ale jak na 110 epów było tego za mało. Za mocno skupiono się na wojskowych i militarnych bzdurach, za mało pokazano oblicza wojny z perspektywy zwykłych obywateli, którzy są największymi ofiarami takich wydarzeń. Serio, wolałabym oglądać dramaty ludzkie niż kolejną pogadankę wojskowych, którzy sprawiają wrażenie, jakby siedzieli na posiadówie albo tea party, a nie uczestniczyli w jakiś manewrach.
Co jeszcze – no jak pisałam już w wizualiach- szkoda, że mocniej nie zaakcentowano upływającego czasu. Poza zmianą priorytetów paru ludzi oraz cyferek na dole i pogadanki narratora w tle, jakoś słabo można było odczuć, że faktycznie minęło kilka lat/dni/miesięcy. Tj. ta wojna niby toczyła się się od kilku lat, ale jakoś słabo było widać przewagę, którejś ze stron, słabo widać było jej efekty, praktycznie nic się nie zmieniło i nadal byliśmy raczeni stertą taktycznych pogadanek o niczym. Chyba łapiecie o co mi chodzi niee ? (tak mi przeorało mózg, że ciężko mi się wysłowić z sensem >_<)
AA właśnie narrator a fabuła- rozumiem, że fizycznie niewykonalne jest zaminowanie każdej walki, sieki , każdego wydarzenia, bo by to zajęło multum czasu, ale to minimum...trochę kiepsko, że większość rzeczy przedstawia właśnie on i, że nie mamy okazji zobaczyć przebiegu pewnych wydarzeń na własne oczy. Obraz przemian i bitew stałby się dzięki temu bardziej wiarygodny.
No i jeszcze coś- trochę irytująca była przewidywalność kolejnych wydarzeń, przydałby się chociaż jeden lub dwa plot twisty, aby chociaż iluzorycznie zaskoczyć widza. Oczywiście nie mam nic przeciwko ciągom logicznym, to się chwali, ale jednak...przydałoby się jakieś wydarzenie, które chociaż chwilowo by odwróciło fabułę do góry nogami , podniosło poziom emocji, po prostu zaskoczyło, bo jednak ciągi przyczynowo-skutkowe, tak wiernie i idealnie przeprowadzone, budzą dużo wątpliwości co do swojej prawdopodobności.
I już na sam koniec (obiecuję)...dłużyznyyyyyyyyyyy...gadanie przez pół epa o sytuacji politycznej, narrator, który klepie nam o sytuacji jakiejś planety przez dobre 10 minut, do tego mało żywiołowym głosem . To fantastycznie, że starano się zarysować otoczkę i pokazać co się dzieje w galaktyce , ale czasem naprawdę było trudno usiedzieć i słuchać tego wszystkiego. Nie wątpię, że to co mi streszczano tak namiętnie miało wpływ na przedstawione w teraźniejszym czasie, wydarzenia w anime, ale...litości, niektóre rzeczy można było sobie łaskawie opuścić. A już najbardziej irytowały mnie wstawki o sprzęcie wojskowym w stylu „ To jest to i to, działające tak i tak blah blah blah blah”...po prostu zamknij się narratorze, idź sobie. Nie potrzebuję Cię.
Bohaterowie- huh, dużo ich i nie sposób wymienić wszystkich z pamięci. Mamy postacie główne, randomów, pół randomów, mięso armatnie, kobiety i masę innych postaci, które jakoś zapychają ten czas antenowy. W sumie to plus, bo faktycznie można poczuć klimat armii (,a nie to co w Valkirii ;d), z drugiej, nie wiem czy takie rozdrabnianie się i poświęcanie czasu każdemu ma jakiś większy sens.
No, ale na słowo o tych co ważniejszych chyba sobie mogę pozwolić:
Reinhard : Hmmm....facet ambitny, z mocnym postanowieniem zemsty za doświadczone krzywdy , ale....szczerze mówiąc od samego początku niespecjalnie przypadł mi do gustu.
Opętany wyżej wspomnianym poczuciem zemsty (chociaż w moim odczuciu trochę źle ukierunkowaną i spożytkowaną ), początkowo bardzo łatwy do manipulowania, emocjonalny i sprawiający wrażenie niestabilnego umm uczuciowo w jakimś stopniu. Szkoda, że jego pozycja na początku nie była wynikiem ciężkiej pracy, a jedynie zależna od protekcji siostry.
W sumie, wydaje mi się, że był na swój sposób postacią dość tragiczną, co nawet AR mu w jakiś sposób przewidziała. Kreowany na postać heroiczną, przez ciągła walkę, tak naprawdę z wiekiem, stał się strasznie zepsutym, zmęczonym i brutalnym człowiekiem ,a młodzieńcze ideały poszły się paść.
Coś jeszcze...hm...w moim odczuciu za dużo gadał, dawał się wciągać w dziwne gierki, początkowo zbyt idealistyczne poglądy, przekształciły się w chorobliwy do bólu realizm i trzeźwość umysłu. No i uważam, ze dość chamsko postępował ze swoją siostrą, która przecież poświęciła w jakiś sposób za niego swoje życie, a ten zamiast być jej wdzięczny sprawiał wrażenie wiecznie obrażonego księciunia. Tj. pod koniec jej zdecydowanie pomógł, ale to wcześniejsze wysyłanie jedynie posłańców...sądziłam, że gdy uda mu się zdobyć sensowną pozycję, wyciągnie ją jakoś z tej matni i naprawi to, co zepsuł tatusiek, ale nic takiego się nie stało. ‘K rozumiem, że osobie, która udzieliła mu protekcji, nie powinno pluć się w twarz, ale gdy był już dostatecznie silny, jakoś niespecjalnie się garnął do pomocy i jak zwykle kończyło się na gadaniu.
Skill taktyczny mocno przeceniany, jako „władca” spisywał się dość średnio , no i jego chorobliwe pielęgnowanie pamięci i uczucia do zmarłego Kircheisa była na swój sposób dość niezdrowa i trochę przerażająca. No i może coś jeszcze o relacjach z jego murzynkami, których miał całe stadka- cóż, dla niektórych był bezlitosny i karał za najmniejsze błędy, dla innych okazał się złotym człowiekiem, ale niestety cały czas śmierdziało od niego interesownością i przez to nawet najbardziej ckliwe gesty, traciły na znaczeniu.
Do tego jego chełpienie się pozycją (przynajmniej w początkowej fazie awansów), która na dobrą sprawę w ogóle mu się nie należała.
Coś jeszcze ? W sumie jedno z większych rozczarowań tej serii, chociaż doceniam próbę nakreślenia jakiegoś progressu charakteru, (gdzieś tak w połowie serii) który chociaż wyszedł dość kiepsko, dał się jednak łyknąć w jakimś stopniu i dzięki temu Reini nie wydał się taki drętwy.
Kircheis- w sumie, na samym początku zapałałam do nim nutką sympatii. Ot taka poczciwina , będąca swojego rodzaju głosem rozsądku dla czasem za mocno rozpędzającego się Reinharda.
Ostatecznie jednak...ech, skończył jak lama i jego bohaterska śmierć zamiast przynieść korzyści przyniosła tylko więcej szkody i sadness and sorrow w tle (szczególnie w odniesieniu jego blond przyjaciela, który chyba lekko sfiksował, a przynajmniej stał się, jak pisałam wcześniej, dość niestabilny pod pewnymi względami). Dodatkowo , żal mi , że dał z siebie zrobić murzynka, że dawał sobą tak okrutnie manipulować, a to wszystko w ramach przyjaźni . Oczywiście, że Rein to doceniał awansując go co rusz na nowe stopnie, ale sądzę, że to była zdecydowania za mała opłata za całe wsparcie jakie Kirch mu dawałam od lat dziecięcych. W sumie jedna z lepszych (o ile nie najlepsza postać) tej serii, która tchnęła trochę życia, nie raczyła nas smutami (no dobrze, czasem sobie tam powspominał shota Reinharda, ale wybaczam, każdy ma chwilę słabości nee ?) i w sumie naprawdę szkoda, że pożegnaliśmy się z nim tak szybko, bo sądzę, że mógł zrobić jeszcze wiele dobrego, a i kto wie czy ostatecznie jego relacje z Annerose nie weszłyby w jakiś sensowniejszy wymiar (ok., przyznaję, się bez bicia , ze im cichaczem kibicowałam i mimo różnicy wieku i to dość sporej jak mi się wydaje, prezentowaliby się jako para całkiem sensownie. No i prawdopodobieństwo pairingu wzrosło w momencie, gdy AR dała dość w moim odczuciu jasno, że również kochała Kircheisa i na bank nie była to miłość siostrzana ;d)
Yang- kolejny (ponoć) mastah serii, który w ostatecznym rozrachunku wydał mi się cholernie mało wyrazisty.
Kolejna postać z cyklu „jestem poczciwą duszą”, początkowo też go polubiłam, szczególnie w momencie gdy wyjaśnił dlaczego zdecydował się na wstąpienie do wojska (tj. było to dla mnie tak odrealnione, że w pewnym stopniu aż pocieszne XD ), ale potem.
Tak jak Kircheis zaczął cierpieć na słowotok, gadał o wszystkim, niekoniecznie tym, co było akurat istotne i ważne dla przebiegu fabuły. Do tego miał dość irytującą tendencję do filozofowania w najmniej odpowiednich momentach i zastanawiania się nad sensem życia, zamiast jakoś konkretnie zadziałać. Potem jego rola systematycznie malała i tak na dobrą sprawę, niespecjalnie się wykazał ,a trochę szkoda, bo miał zadatki na najbardziej rozgarniętą osobistość tej serii. Szkoda też, że tak słabo zarysowano jego determinanty, szkoda, że poza (ponoć) jednym bohaterskim czynem, nie pokazała specjalnie nic więcej (sorry, ale wieczne powtarzanie mi jaki to on jest epicki to za mało. Chciałabym to zobaczyć, a nie usłyszeć od random żołnierza czy narratora, który niekiedy wydawał mi się lekko stronniczy ;d). Do tego strasznie leniwy, nudny, pozbawiony charyzmy i sprawiające wrażenie, jakby znalazł się tutaj przypadkiem i było mu wszystko jedno. Chociaż nie- ma plus za posiadanie wiedzy historycznej i umiejętność wyciągania z niej jakiś wniosków (może trochę nazbyt patetycznych), ale jednak uczył się na błędach przodków.
Oberstein był szują, po prostu. Od samego początku mi śmierdział, lekko zirytował decyzją o przedwczesnym ataku i to jak sam rozgrywał swoje gierki, w jakiś sposób korzystając z protekcji Reina i wycierając sobie gębę, że to przecież on mu rozkazywał ;d
Z drugiej strony dziwi mnie, że Lohengramm mimo wiedzy, jakim człowiekiem jest Ober, nadal go trzymał blisko siebie i pozwalał na działanie. Nie ogarniam dotąd, do czego był mu potrzebny (chyba nie sugerował się tym, że potrzebuje po prostu kogoś starszego i doświadczonego w walkach nie ? hhmmm) . W każdym razie strasznie irytujący typ, opryskliwy, niesympatyczny , swoista szara eminencja serii.
Jessica Edwards – w sumie chyba jedyna kobieta z jajami w tej serii i budząca coś więcej niż uczucie politowania i facepalma nad kobiecą głupotą. Zdecydowana, harda, bardzo zmotywana, istna perełka w tym całym wojskowym motłochu. To co jednak mnie boli, to to, co z nią zrobiono wraz z biegiem fabuły Niespecjalnie do mnie przemawiało jej oddanie dla Lohengramma, i zaczęto z niej robić marne zastępstwo za Kircheisa. Szkoda.
Mittermeyer – hmmm...kolejny bohater, którego dało się lubić...do czasu xD W sumie akurat jego uwielbienie do Reinharda rozumiem – blondowłosy hojnie go obdarował , pomógł w naprawdę krytycznej sytuacji i w ten sposób, dość uczciwie imho , zdobył sobie jego lojalność.
Coś więcej o nim ? Hmm...family guy do bólu , do tego chorobliwie uczciwy i z mocnym kręgosłupem moralnym. Czasem sprawiał wrażenie dość beztroskiego człowieka i dość ciekawie to kontrastowało ze zdecydowaniem w kwestii wykonywania rozkazów. No i muszę przyznać, że dość mocno mi zaimponował w momencie, kiedy ukarał jednego ze swoich podwładnych śmiercią. Nie żebym specjalnie popierała tak brutalne metody (yhm, ta jasne ;d), ale to było naprawdę miłe, że facet nie toleruje hmm.. nazwijmy to ładnie „braku ogłady oraz elementarnych zasad moralnych i etycznych w podejściu do kobiet”. Tak....
Z innych :
Annerose robiła za (de)motywator Reinharda i wyglądała jak kalka tysięcy innych niewiast, co to zaraz mają zemdleć i w ogóle zejść tam na miejscu (chociaż żal, że ją wydano tak młodo za mąż za jakiegoś frajera) . Typowa, kochająca starsza siostra, zdecydowanie bardziej ogarnięta od brata jeśli chodzi o zabawę w „panowanie nad światem” z drugiej, chyba miała zbyt mocne zadatki na pacyfistkę, a w tej serii to niespecjalnie się sprawdza. Szkoda, że jej rola została zmargilizowana do „wyglądania” (chociaż w tej materii akurat średnio jej szło). Ach no i niespecjalnie tez byłam wstanie zrozumieć jej podejście do rodziny : odnosiłam wrażenie, że cały czas usprawiedliwiała decyzję ojca , sprawiała wrażenie, że bycie sprzedaną wcale jej nie rusza i skoro jest wstanie to zapewnić lepszy byt jej bratu to jest to sumie korzystna sytuacja. Wszystko fajnie, idea szlachetna i w ogóle, ale... nie, nie ogarniam takiego podejścia i laska powinna strzelić focha. No i jak pisałam przy Kircheisie- kibicowałam im relacjom i liczyłam, że może Reinhard jakoś „odbije” swoją siostrę i pomoże im się um „połączyć”, ale niestety...space opera to space opera, najważniejsza jest męska siekanina, a nie romansowanie z każdą księżniczką, która się napatoczy w fabule.
Minci jako szota się sprawdzał, ale jako napalony otaku armii niespecjalnie.. Chociaż muszę przyznać, że z wiekiem lekko zmężniał, widać, że trochę lepiej mu się poukładało w główce.
No i jeszcze słowo o wojskowych/wszelkiej maści randomów, ale tych ważniejszych i przewijających się bezpośrednio w otoczeniu Reinharda. W sumie trudno było mi tych ludzi zrozumieć, ale po kolei. Większość z nich stanęła po stronie blondyna z własnej woli...przynajmniej takowe wrażenie sprawiali przez całą serię.
Czy przemówiła do nich jego charyzma (yhm, jasne), skill bojowy (lol) lub też po prostu widzieli w nim osobę na odpowiednim stanowisku i po prostu nadającą się do bycia władcą...,a może po prostu się go bali i woleli nie zadzierać z ludźmi, którzy go umieścili na szczycie ? W każdym razie , nie jestem właśnie wstanie zrozumieć co ich porwało w ich dowódcy, że tak chętnie służyli mu pomocą, dawali się za niego podkładać, kochali go i wielbili za skilla , o którym krążą legendy, ale nikt go nie widział na oczy.
Nie wiem czy to ja niedoceniam naszego wojskowego czy po prostu cały czas przegapiam jakiś istotny fragment jego osobowości, który sprawia, że na bank nie klasyfikuje go jako postać epicką.
Reszty nie chce mi się opisywać, pewnie był ktoś jeszcze kto mnie „zauroczył” , ale starcza skleroza i natężenie nazwisk nie pozwala mi sobie przypomnieć....(cholera mogłam sobie robić notatki w trakcie seansu, my bad)
Aa nie, zapomniałam O NIM. O postaci, która zmiażdżyła mnie już po pierwszym, pojawieniu się. Człowieku, z którym spotkanie się w ciemnej uliczce skończyło by się bardzo źle...mowa o ....
Oskarze von Reuenthalu – o tak , bez bicia mogę przyznać, że był to mój No 1 jeśli chodzi o bohaterów tej kosmicznej opowieści. Koleś o aparycji sadysty i takim że charakterze, chociaż w gruncie rzeczy ZNOWUŻ okazał się całkiem porządnym facetem, który ma odpowiednio poukładane w głowie i w razie potrzeby można na niego liczyć i jest wstanie się podłożyć i poświęcić dla sprawy. Bardzo zaskoczyła mnie jego przyjaźń z Mittermeyer’em...tj. nigdy bym nie pomyślała, że tak dwie skrajne przedstawione i różniące się od siebie postacie, będą wstanie wejść w jakąś głębszą relację (tylko bez skojarzeń mi tutaj żabki :D). Kolejny murzynek Reinharda, ale znowuż tak jak Mitter, dzięki bogu supportował go z wdzięczności i szczerego podziwu dla jego skilla, a nie w wyniku strachu czy innej bzdurki. O czym jeszcze warto chyba napomknąć to o jego relacjach z kobietami. Długo się zastanawiałam dlaczego tak naprawdę mu z nimi nie wychodzi. Wyglądał miał, z charakteru też nie rysował się na jakąś podłą szuję, po prostu robił to co musiał, więc w czym problem ?
Już go nawet podejrzewałam o ciągoty do chłopców, ale chyba jego problem był bardziej złożony i głownie na przeszkodzie do zdrowego związku stał po prostu trudny charakter. (yhm, tak to sobie tłumacz Mili >_<)
No i skoro już skończyłam podsumowanie najważniejszych bohaterów i zanim przejdę do jakiejś szerszej klasyfikacji tychże, cóż....zauważyłam, dość niepokojącą tendencję w tej serii i pewien trochę nużący schemacik i aby się upewnić , że się nie mylę sprawdziłam sobie co nieco i miałam rację.
Otóż główną bolączką większości person tej serii jest oklepane do bólu, sztampowe i niekiedy wręcz żałosnie , nieszczęśliwe dzieciństwo. A to ojciec się kogoś wyparł, a to komuś tego ojca zabito albo odebrano wszelkie honory, bo stanął po złej stronie konfliktu albo za bardzo się stawiał, a to komuś siostrę zawłaszają , matkę mordują etc. itp. Itd...
Znaczy, nie jest to jakiś wielki problem (ZNOWU), bo ostatecznie jesteśmy na wojnie i logiczne jest to, że giną ludzie, że wiele istnień ludzkich traci swoich krewniaków w takich czy innych okolicznościach, ale wydaje mi się, że natężenie dram i jakoby kalka tych samych czy też podobnych życiorysów u kolejnych żołnierzy niespecjalne przypadła mi do gustu i z wielkim utęsknieniem szukałam jakiś szczątków optymizmu i pogodnego plotu w życiu tych ludzi.
A i właśnie jeszcze odnośnie śmierci – to nie jest błąd, a raczej pewnego rodzaju spostrzeżenie. Trochę zdziwiło mnie, że mimo tak zaawansowanych manewrów, tak mało głównych i mocno istotnych bohaterów ginie (na dobrą sprawę mogłabym wymienić tylko dwie persony). Jak mówię, to nie jest problem, ale po prostu byłam zaskoczona i spodziewałam się, że akurat w tej grupie bohaterów ujrzymy więcej trupków (to już chyba Gundam 00 był w tej kwestii mocniej rozbudowany xD)
Ogółem trudno byłoby ich (tj. mam na myśli bohaterów of corz ) sklasyfikować jako tych dobrych czy też zły. Każda z postaci musiał podejmować jakieś decyzje, niekoniecznie wynikające z tego co dyktuje im serce czy rozum, a będące raczej wynikiem splotu wydarzeń na scenie politycznej. Niektórzy musieli bawić się w „tych złych”, inni , nawet mimo złych intencji, musieli czasem pokusić się o „gest” by zaskarbić sobie przychylność ludu lub po prostu musieli założyć maskę pozornego tyrana , by dostać to co chcą, przy okazji ratując kilka ludzkich istnień. Ogólnie jednak w wielu przypadkach motywacja kolejnych postaci okazywała się epic banałem lub sprawiali wrażenie, że tak naprawdę niczego nie oczekują od strony po której się znaleźli i bardziej oddają się wirowi wydarzeń niż próbują coś ze sobą zrobić. Irytująca była też bierność, co łączy się ze zdaniem poprzednim, niektórych bohaterów, którzy mimo znajdowania się na wojnie, a przynajmniej w sytuacji ją imitującej, sprawiali wrażenie osób, w ogóle nią nie zainteresowanych, tym co się z nimi stanie. Annerose, która wiecznie jak mantrę powtarzała , że troszczy się jedynie o braciszka, Yang który wolał się oddawać historycznym smutom niżeli zwalczyć o większe dobro i własną przyszłość, która przybliżyłaby go do realizacji marzeń (sorry, ale samo wstąpienie do wojska to za mało), Reinhard , który czekał na bieg wydarzeń i z utęsknieniem wypatrujący aż ktoś pierwszy zrobi ruch, by dopiero potem wystosować kontrę i masa innych bohaterów, którzy jakoś słabo się starali, by odmienić swój los, a wojnę traktowali trochę jak zabawę i zabicie nudy.
Podsumowując: Dziwna seria jest dziwna. Straszne dłużyzny, strasznie przegadane epy, praktycznie o niczym, lub militarnych bzdurach, które lepiej chyba byłoby zanimować (przynajmniej coś by się działo na ekranie).
Dość kiepsko pod względem realizmu przedstawionych wydarzeń (bardzo dużo naciąganych wątków , małe prawdopodobieństwo takiego splotu wydarzeń i zbiegów okoliczności) ze słabo oddanymi realiami wojennymi.
Bohaterowie mimo swojej mnogości (co w sumie idzie na jakiś tam mały plusik) niespecjalnie zapisali mi się w pamięci, pozostają randomami po wszeczasy . Chociaż jak pisałam wcześniej, jest kilku bohaterów
, którzy u mnie zapunktowali, ale skoro doszliście aż tutaj, rozumiem , że o tym przeczytaliście w zakładce o Bohaterach :D Konflikt- cóż, w sumie chwali się w jakimś stopniu, że zarysowano go jako rozgrywkę taktyczną (ponoć) dwóch największych umysłów w galaktyce, ale z drugiej strony, mimo wszystko zabrakło mi klimatu wojny o czym pisałam wcześniej. Szkoda, że nie poświęcono więcej czasu na pokazanie jak faktycznie przebiegają decyzję na polu bitwy, nie pokazano procesu myślowego Reinharda, szkoda, że po macoszemu potraktowano jak te decyzje wpływają na innych ludzi : wojsko, zwykłych szaraków.
Trochę szkoda, że o większości rzeczy informuje nas narrator, a 110 epów ktoś wolał spożytkować na gadanie o bzdurkach. No i przede wszystkim szkoda, co napiszę już po raz enty w tym poście, że wszystko jest tak niemiłosiernie przeciągane, bo wydaje mi się, że większość wydarzeń można było spokojnie wyciąć, bez jakiejkolwiek szkody czy znaczącego uszczerbku dla fabuły.
Szkoda, że kobiety grają w tej serii marginalne role, szkoda, że są wiecznie zdane na mężczyzn i ciągle przez nich wykorzystywane. Szkoda.
Zaczęłam też pod koniec zastanawiać się o czym tak naprawdę jest ta seria. Czy chodziło tylko o międzygalaktycznie konflikty ? Tylko i wyłącznie o walkę o istnienie, zdobycie władzy, jakieś wyższe wartości, różne dla każdego z bohaterów ? W sumie jest to pewnego rodzaju historia ludzi, którzy po prostu walczą o własne szczęście i marzenia, a wojsko, armia i opowiedzenie się po którejś ze stron, po prostu pozwala im te założenia realizować. Po prostu. Głębsze przesłanie ? Może i takowe było, ale ja musiałam przegapić, przepraszam, nie chciałam :<
Komu polecić tą serię. Heh, jeśli nie jesteś masochistą, nie kochasz space oper, męczą Cię długie serie, w który tempo akcji pozostawia wiele do życzenia, to z całym sercem odradzam. LOGH to jedna z tych produkcji, gdzie tylko zatwardziali fani konwencji , poczują się jak w domu. Tylko oni będą czuli klimat postaci, walk, kolejnych taktycznych zagrywek, tylko oni się nie załamią nad poziomem dialogów, charadesingiem, muzyką i całą resztą, która nawet dla mnie, osoby wychowanej na Daimosach i raczej starszych produkcjach anime, wydawała się obiektywnie (, a może i subiektywnie, kto wie) straszna. Sądzę też , że świetnie będą się bawili przy tej serii Ci, którzy lubią patetyczne bajeczki o herosach, sami chcieliby kiedyś stanąć na czele kosmicznego imperium, ale niespecjalnie wiedzą jak się za to zabrać (odpowiem Wam : WTYKI, musicie mieć WTYKI), lub po prostu kręci ich stado menów, upchniętych w jednym miejscu, bez groźby niekontrolowanych yaoi hintów w powietrzu (chociaż co do tego miałam w pewnym momencie dość poważne wątpliwości).
Zanim opuszczę ten temat chciałam zaznaczyć kilka rzeczy dla formalności :
-Tak, wszystkie powyższe odczucia są subiektywne i moje własne
-Nie, nie mam w planach wdawać się w polemiki, nie będę też odpisywała na ew. odpowiedzi odnośnie tego postu. Nie, nie dlatego, że nie szanuję moich potencjalnych rozmówców, ale perspektywa rozmowy o LOGHu mnie zwyczajnie nie kręci ani nie mam siły ani nawet chęci po prostu. Zresztą w zderzeniu z fanami serii, gdzie wzajemnie będziemy się przekonywać czyja racja jest „mojsza”...to nie ma sensu
-Nie, nie mam w planach oglądać żadnych kinówek, oavek, czytać mangi spod znaku LOGHA...jedna seria była wystarczającą katorgą i nie sądzę aby doobejrzenie kolejnych produkcji z pod znaku tej space opery zmieniło moje zdanie czy też ocenę całej produkcji i z przykrością stwierdzam, że dnia dzisiejszego moja przygoda z tym tytułem się skończyła na zawsze (no chyba, że ktoś mi za to zapłaci albo obejrzy w zamian coś porównywalnie długiego ;d)
I już naprawdę na sam koniec- serii nie obejrzałam ze względu aby ją z miejsca sflejmić, bo sądzę, że każdemu tytułowi trzeba dać szansę aby się obronił. W moim odczuciu LOGH się nie obronił i uzasadniłam to gdzieś tam wcześniej, w którymś z akapitów.
Seria została „zaliczona” jakoby po to abym mogła sprawdzić ile jestem jeszcze wstanie znieść dziwacznych plotów oraz aby namacalnie się przekonać czy faktycznie zasługuje na przydomek EPIC.
Czy zasługuje ? To już pozostawiam ocenie osób, które przeczytały wszystkie posty w tym temacie lub same miały okazję zaznajomić się z serią.
Mi przy seansie krwawiły oczy, wypiłam hektolitry kawy by nie zasnąć i z zapałem śledzić poczynania bohaterów. Czy było warto ...heh, w sumie tak, bo wiem czego zdecydowanie unikać na przyszłość.
Czy coś wyniosłam z seansu ? Niespecjalnie. Czy ta seria zasługuje na tytuł najlepszego sci-fi i space opery jeśli chodzi o anime ? Z przykrością muszę chyba stwierdzić , że tak, ale nie zrozumcie mnie źle. Ten tytuł nie jest przyznany ze względu na swoje walory wizualne, fabularne czy inne. Po prostu w swojej kategorii nie ma porównywalnie długiej serii, nie ma żadnego tytułu, który w podobny sposób realizowałby wątek kosmosu i stąd trudno LOGHA porządnie sklasyfikować czy ocenić , bo tak naprawdę nie można wziąć niczego na wzór aby sobie go przyrównać.
Więc na swój sposób jest to seria unikalna, co nie oznacza, że epicka czy z kategorii „must see”. Czy sama ją polecam ? Phi, głupie pytanie....
Oczywiście, że...
POLECAM ;) |
|
|
|