»konohaSENPUU »gantzSENPUU »hetaliaSENPUU »forumSENPUU
»Konto premium - kliknij, by dowiedzieć się więcej.


Odpowiedz Poprzedni temat «» Następny temat

Legend of the Galactic Heroes

Przesunięty przez: Lukaszmaru (15-08-09, 22:54)

Wiadomość

W każdym czasie, w każdym miejscu,
ludzkie czyny pozostają takie same.

Legend of the Galactic Heroes

Cytat:

Droga Mleczna, XXXV wiek naszej ery.
Od około stu pięćdziesięciu lat Galaktyczne Imperium toczy wojnę z Przymierzem Wolnych Planet.
Międzygwiezdny konflikt zbrojny mocarstw pochłania dziesiątki tysięcy statków kosmicznych i miliony żołnierzy.

Neutralna, obdarzona autonomią planeta - Phezzan, zajmując jedną z dwóch kluczowych strategicznych pozycji, czerpie zysk z wojny sąsiadów, handlując z obiema stronami.
Stała od kilkudziesięciu lat, sytuacja na froncie ma ulec dramatycznej zmianie.

Zarówno w armii Cesarza, jak i w siłach Przymierza objawia się militarny geniusz.
Nowi dowódcy, z wielkimi nadziejami przystępują do konfliktu, by w rezultacie odmienić jego oblicze.
Obaj zapiszą się w kartach historii i będą przez przyszłe pokolenia nazywani bohaterami.

Pierwszy, to młody admirał Imperialnej Floty - Reinhard von Lohengramm, którego geniusz przyćmić może jedynie jego ambicja. Drugi, to skromny i zdecydowanie bardziej swojski człowiek - Yang Wen-li.

Zajmując się podwładnymi i przełożonymi, manewrując przez sieć skomplikowanych intryg politycznych, tocząc bitwy i walcząc z własnymi słabościami, obaj zostaną poddani próbie przez wojenną rzeczywistość, która ostatecznie odmieni ich żywot.



Typ: OVA
Liczba odcinków: 110×25 min
Data emisji: Grudzień 1988 - Październik 1997
Studio: Madhouse, Kitty Films, Artland
Gatunek: Polityczno-wojenne, Space Opera, Sci-Fi, Dramat
Autor pierwowzoru: Yoshiki Tanaka
Tytuł japoński: Ginga Eiyuu Densetsu 銀河英雄伝説
Tytuły alternatywne: Legend of Galactic Heroes, GinEiDen, LoGH, LotGH, Heldensagen Vom Kosmosinsel, Les Héros de la Galaxie

recenzja Grisznaka na Tanuki-Anime
recenzja gentle monstera na Tanuki-Anime
recenzja Daldowa na Azunime

Torrenty - UWAGA! Nie ściągać innych wersji; ripy z nielegalnego, chińskiego wydania dvd mają co prawda lepszą jakość, ale zawarte w nich angielskie napisy są fatalne.

Przedmiot tego tematu jest na dzień dzisiejszy zdecydowanie najlepszą fabularnie pozycją anime, z jaką miałem się przyjemność zetknąć (w sumie to przewyższa też wszystkie mangi, które przeczytałem). Jednakże zanim przejdę do właściwej części posta pozwolę sobie przedstawić kilka ciekawostek;
- Legend of the Galactic Heroes to największa pod względem liczby zatrudnionych aktorów produkcja w historii animacji
- na serię składają się: seria OVA (110 odcinków), trzy filmy (Legend of the Galactic Heroes: My Conquest is the Sea of the Stars, Legend of the Galactic Heroes: Overture to a New War, Legend of the Galactic Heroes: Golden Wings), oraz dwa gaideny po 24 i 28 odcinków (Legend of the Galactic Heroes: A Hundred Billion Stars; A Hundred Billion Lights, Legend of the Galactic Heroes: Spiral Labyrinth)
- anime jest adaptacją książkowego cyklu o tym samym tytule, autorstwa Yoshikiego Tanaki (14 tomów), który w 1988 roku otrzymał Nagrodę Seiun dla Najlepszej Powieści Roku (nagroda w obrębie japońskiego science-fiction, przyznawana poprzez głosowanie fanów)
- pierwowzór jest uznawany za najlepsze dzieło japońskiego science-fiction

Co by uciec od schematów zacznijmy może jednak od wad, lub rzeczy, które mogą stanowić przeszkodę dla potencjalnych widzów:
- wyobrażenia o technologii przyszłości typowe dla tamtego okresu
- realizm warunkujący tempo akcji
- przyczyna kultu wokół tej serii zaczyna być widoczna dopiero po -nastym odcinku, początek to wprowadzenie do rozbudowanego uniwersum, nakreślenie sytuacji geopolitycznej i przybliżenie sylwetek bohaterów
- przestarzała animacja w początkowych epizodach (potem znacznie się polepsza, podobnie jak i inne elementy składowe serii)
- osoby nastawione skrajnie sceptycznie do militariów/wojskowości raczej nie zostaną fanami tej produkcji, podobnież jak i te które stawiają na czystką rozrywkę (nie wspominając już nawet o tych, którzy oczekują fajerwerków w kwestii oprawy audio-wizualnej)
- brak jakiegokolwiek fanserwisu
- seria poważnie podchodzi do tego, o czym opowiada

Jednakże Ci, którym powyższe rzeczy nie będą przeszkadzać, tudzież nie będą decydujące o podjęciu decyzji o obejrzeniu, znajdą tutaj:
- epicką, wielowątkową fabułę, której sposób przedstawienia przypomina kronikę historyczną (brak patosu, realizm wydarzeń, dopracowana chronologia - o datach poszczególnych wydarzeń informuje szechwiedzący narrator)
- związki przyczynowo-skutkowe ukazane z rzadko spotykaną dbałością o wiarygodność; nie ma tu wyciągania wydarzeń znikąd, rzadko zdarza się coś co było zupełnie nie do przewidzenia (ale jak już się zdarzy...)
- rozbudowane i dopracowane w najmniejszym szczególe uniwersum (jest ono dwubiegunowe tylko z pozoru, w obrębie obu potęg działa wiele pomniejszych frakcji)
- realistyczne wątki polityczno-wojenne (aczkolwiek realizm samych bitew odnosi się tylko do ich przebiegu, używane tu taktyki przywodzą na myśl XVI wiek)
- niespotykane nigdzie indziej - skalę wydarzeń i rozmach; w bitwach uczestniczą dziesiątki tysięcy statków kosmicznych i miliony żołnierzy, a decyzje bohaterów mają wpływ na miliardy istnień
- największą i najprawdopodobniej najbogatszą galerię postaci w historii anime; ludzką naturę przedstawiono w sposób do bólu prawdziwy - to chyba właśnie przybliżenie dopracowanych charakterów, łączących je relacji i przede wszystkim tego jak odnajdują się w wojennej rzeczywistości jest największą zaletą tego anime
- przemyślane dialogi (nie ma tu wrażenia, jakoby postaci przemawiały do widza)
- charakterystyczny dla serii, inteligentny humor, który obecny jest co prawda w małej ilości, ale jednak jest
- brak typowej pacyfistycznej wymowy, pokuszono się tutaj o coś znacznie ambitniejszego
- wiele skłaniających do przemyśleń, celnych uwag o społecznościach, wojnie i człowieczeństwie - w ślad za słowami idą podejmowane decyzje, anime to nie jest zatem pasmem niekończących się dyskusji dotyczących wyżej już przytoczonych kwestii (dodam tylko, że seria nie próbuję forsować na widzu konkretnych poglądów, raczej pokazać że każda ideologia może mieć swoje nie mniej zasadne przeciwieństwo. Najdobitniejszym tego przykładem jest fakt, że Legend of the Galactic Heroes może być określone mianem najwybitniejszego anime anty-wojennego w dziejach, podczas gdy samo przedstawia swego rodzaju oczarowanie ideą walki, poniekąd uzasadniając rozlew krwi w imię walki o wyższe idee)
- bijącą od serii ambicję - na przestrzeni tych 110 odcinków staje się lepsza w każdym aspekcie
- ścieżkę dźwiękową, która nie tylko idealnie wpasowuje się w konwencję serii, ale stanowi bezcenną kompilację muzyki klasycznej (praktycznie same wielkie nazwiska)

Anime to można by właściwie porównać do kroniki historycznej, która opowiada o podbojach wielkiego zdobywcy. Tyle, że osadzoną w zwaśnionym kosmosie przyszłości. Opowiedziana tu historia jest jednak tak naprawdę uniwersalna. Zacytowane przeze mnie na początku słowa, które pojawiają się na początku drugiego openingu najprawdopodobniej zawsze pozostaną aktualne; ludzkie pragnienia nie ulegają zmianie. Legend of the Galactic Heroes w żadnym wypadku nie jest pozycją łatwą, którą doceni każdy. I nie chodzi mi tu o nagromadzenie dialogów i dbałość o wiarygodność, odbijające się w wyważonym tempie akcji. Geniusz (w tym przypadku nie mam żadnych wątpliwości używając tego słowa) staje się widoczny dopiero z czasem. Wielu widzów po pierwszych odcinkach może po prostu stwierdzić, że wszelakie chwalebne opinie o tej serii nie mają pokrycia z rzeczywistością. Zwłaszcza jeśli podchodzą z rezerwą do takich klimatów i konwencji. W zamian za cierpliwość, Legend of the Galactic Heroes oferuje jednak najpewniej najlepszą warstwę fabularną w swoim gatunku (kto wie, czy nie w anime w ogóle).

Prawdę mówiąc, trudno mi sobie wyobrazić bym kiedykolwiek znalazł w anime scenariusz, który dorównywałby temu z Legend of the Galactic Heroes. W tym wypadku osiągnięto coś, o czym większość innych serii może jeydnie pomarzyć; wplątane w skomplikowaną sytuację postaci są naprawdę ludzkie, a w kwestii wojny i polityki osiągnięto złoty środek pomiędzy realizmem, a angażowaniem weń widza. Myślę, że nawet osoby nie będące optymistami space oper i serii wojennych mogą spróbować dać serii szansę właśnie ze względu na nietuzinkowych bohaterów i toczącą się pomiędzy nimi "dramę", bo to chyba właśnie nakreśleni tu galaktyczni bohaterowie są największą zaletą :) Oczywiście, jak już zaznaczyłem w akapicie wyżej, seria z pewnością nie trafi do każdego. Całe szczęście że nawet nie próbowano sztucznie poszerzać grona potencjalnych odbiorców. Polecam. Ode mnie 10/10, klasyk który z pewnością zasługuje na coś więcej niż "szanować, ale nie dotykać". Osoby oczekujące świetnej, inteligentnej fabuły i niezapomnianych, przekonujących kreacji bohaterów powinny być tym tytułem więcej niż usatysfakcjonowane (nie wspominając o osobach, których pasjonuje historia, można by rzecz że to anime jest wręcz dla nich stworzone).

stara wersja postu Spoiler:

Postanowiłem podzielić się paroma spostrzeżeniami, jako że wczorajszego ranka moja kontemplacja tej serii dobiegła końca. Nie chciałem by post był przesadnie długi, ale wyszedł taki jak widać. Myślę, że daje on jednak jako takie pojęcie, o tym jak wygląda to anime i z czym je się jego konsumpcja. Byłby krótszy, gdybym obciął pobieżne przedstawienie fabuły, ale często moim błędem było właśnie pominięcie tej części wstępu. Tak czy owak, sporo miejsca zajmuje to by przedstawić parę najważniejszych dla potencjalnego widza cech.

Legend of Galactic Heroes - (Ginga Eiyuu Densetsu, 銀河英雄伝説, LoGH, Gin'eiden) to składająca się na 110 odcinkową serię OVA, trzy filmy i dwa gaideny (liczące sobie 24 i 28 odcinków) produkcja oparta na cyklu powieści science-fiction o tym samym tytule. Oryginał, czyli OVA ukazywała się w latach 1987-1997.

Droga Mleczna, około XXXV wiek naszej ery. Od około 150 lat toczy się wojna między Galaktycznym Imperium, a Przymierzem Wolnych Planet. Trzecią stroną konfliktu jest zajmująca jedną z kluczowych strategicznych pozycji, autonomiczna planeta - Phezzan, która z wojny sąsiadów czerpie korzyści. To anime to epicka, wielowątkowa opowieść o wojnie w kosmosie. Legenda o ludziach, którzy potem będą nazywani bohaterami.

Czyżby kolejna moralizatorska historyjka przedstawiająca świat w kategoriach czerni i bieli - czyli bohaterska walka o świętą demokrację, pokój i równość dla ludzi z naczelnym hasłem "wojna jest be, autokracja jest be"? Nic bardziej mylnego. Obie strony konfliktu mają swoje racje, argumenty, jasne i ciemne karty historii oraz - wspomnianych bohaterów.

Dla młodego geniusza, Reinharda von Lohengramma wojna jest środkiem do osiągnięcia swoich celów. Jako wybitny strateg i taktyk, w zatrważającym tempie awansował zdobywając wreszcie pozycję admirała imperialnej floty. Dzięki kolejnym zasługom w walce z Przymierzem szybko pnie się w górę. W jego sukcesy nieoceniony wkład ma jego najlepszy przyjaciel i zarazem najwierniejszy i najbardziej wartościowy podwładny – Siegfried Kircheis, który wspiera go i chroni już od młodych lat, w których zawiązała się ich przyjaźń. "Blondasek" (z racji swojego wieku i wyglądu, właśnie takiego pogardliwego przydomku dorobił się Reinhard) jest osobą ledwie tolerowaną przez lwią część szlachty, dla której stał się przedmiotem powszechnej zazdrości, który bezlitośnie obnaża jej kompleksy. Z tego też powodu "najwyższy stan" ma skłonność do rozpowszechniania plotek, które głoszą że Reinhard swój obecny status zawdzięcza jedynie temu, że jego starsza siostra wpadła w oko Imperatorowi. Prawda jest jednak o wiele bardziej skomplikowana i szybko okazuje się, że Annerose została konkubiną Jego Wysokości wbrew swojej woli, a jednym z głównych motorów napędowych naszego bohatera jest właśnie przywrócenie jej wolności. Oczywiście chyba nie trudno się domyślić, że jego stosunek do panującej dynastii Goldenbaum jest więcej niż negatywny. Obecnie Imperium jest przesiąknięte do szpiku kości korupcją i pogrążone jest w stagnacji. Reinhard, obecnie jeszcze pozbawiony środków do obalenia Goldenbaumów, toczy bezwględną wojnę z Przymierzem.

Z drugiej strony zaś, Yang Wen-li do wojska trafił właściwie przypadkiem. Od zawsze pasjonowała go historia i to z nią wiązał swoją przyszłość zawodową. Właśnie w poszukiwaniu funduszy na pokrycie kosztów swoich badań zaciągnął się, jak początkowo myślał - na krótko, do armii Przymierza. Swego czasu ku zaskoczeniu wszystkich, jak i samego zainteresowanego, wiedza na temat wojen połączona z szybką i wnikliwą analizą sytuacji i umiejętnym wyszukiwaniem nieszablonowych rozwiązań doprowadziła do odegrania nieocenionej roli w okiełznaniu anarchii (i w rezultacie ocalenia wielu ludzkich istnień) na El Facil. Po tym zajściu już nikt nie miał wątpliwości, że Yang więcej niż kwalifikuje się do pełnienia roli oficera. Oczywiście stając się bohaterem i osobą nazywaną cudotwórcą stał się obiektem zazdrości starej gwardii. Sam pozbawiony jest jednak większych ambicji, a znacznie ważniejsze od zwycięstwa jest dla niego życie jego podwładnych. Osobą, która nie odstępuje Yanga na krok i służy mu wiedzą oraz pomocą, jest jego protegowany, Julian Mintz. We dwójkę stawiają czoła zarówno wojskom Imperium, jak i zakulisowym rozgrywkom politycznym. Yang, będąc historykiem, w fabule często pełni rolę komentatora bieżących wydarzeń, które skrupulatnie analizuje z politycznego i strategicznego punktu widzenia.

Chociaż powyżej padło niewiele nazwisk, to postaci jest tu multum. Przy czym każda, której poświęcono chociaż „pięć minut” ma swój własny charakter. Jako, że jak na razie nie ma sensu bym wyrażał jakąś specjalnie rozbudowaną opinię o serii (i jej elementach składowych), to ograniczę się do tego co najważniejsze – i rzuca się w oczy od samego początku.

Po pierwsze, wartstwa fabularna. Legend of Galactic Heroes jest idealnym przykładem na to, w jak wirtuozerski sposób można stworzyć fikcyjną historię i jak perfekcyjnie i w najdrobniejszych szczegółach można ją przedstawić. Przedmiot tego tematu jest rozbudowanym, wielowątkowym i skomplikowanym serialem wojennym, który do tematu „space opera” podchodzi w 100% poważnie. Pełno tu długich i wykańczających obie strony bitew, pałacowych intryg, spisków i polityki– wszystko to w ambitnym wydaniu z najwyższej światowej półki. Uświadczymy tu nawet wątku, który w skrócie (by zbytnio nie spoilerować) można nazwać teokratycznymi zapędami. Chociaż prowadzony z polotem i epicki, to jednak scenariusz dopięty jest na ostatni guzik. Skala całej historii potrafi często gęsto, najzwyczajniej w świecie zaprzeć dech w piersiach. Efekt końcowy jest (przynajmniej dla mnie) zatrważający – mimo, że seria ta jest jednym z najinteligentniejszych kawałków anime (co za tym idzie, tempo akcji jest wyważone i ani przez chwilę scenariusz nie ryzykuje dziur w fabule byleby tylko zaskoczyć widza i przez 99% czasu trzymać go w napięciu), to jednak porywa i nie pozwala się od siebie oderwać. Kolejne wydarzenia, nawet jeśli są to polityczne „przepychanki” ogląda się ze sporym zaangażowaniem. Fakt, sytuacja bohaterów tej historii potrafi się zmienić niekiedy dramatycznie, ale nie fabuła nie traci na tym wiarygodności. A o wiarygodność tą niełatwo, kiedy opowiada się o „galaktycznych bohaterach”. Oczywiście chyba nie muszę wspominać o braku jakiegokolwiek fanserwisu, głupawych scenek czy innego towaru będącego w przypadku takiej produkcji czymś zupełnie nie na miejscu. Jednakże serial nie zachowuje przez cały swój czas „grobowej” powagi. Owszem, pojawia się i humor. Wynika on jednak głównie z przysposobienia bohaterów i faktu, że więcej niż jedna jednostka ma się czy to za drugiego Casanovę, czy też mistrza ciętych ripost. Druga rzecz, o której chciałbym napisać łączy się pośrednio z pierwszą, więc dopiero tam pozwolę sobie poruszyć kwestię postaci trochę głębiej.

Po drugie, seria ani przez chwilę nie jest arbitrem toczących się wydarzeń. Fabuła nie zajmuje bowiem żadnego stanowiska wobec samej siebie. Wydarzenia podane są widzowi prosto, bez jakiegokolwiek filtru. Przez filtr rozumiem zamierzenie wywołania u widza konkretnych uczuć i sugerowanie co jest „dobre”, a co „złe”. Innymi słowy – Legend of Galactic Heroes bezpośrednio celuje nie w uczucia i serce widza, ale w jego intelekt i umysł. Chociaż zdarzają się sceny dramatyczne, to jednak wiciskaczy łez tu nie uświadczymy. Tak więc warstwa fabularna budzi podziw swoim dopieszczeniem i jednocześnie pozostawia miejsce na własną intepretację. Widz sam ocenia poczynania bohaterów i wydarzenia, na które często nie mają bezpośredniego wpływu. Taki sposób podania fabuły okazał się idealnie trafiać w moje gusta, chociaż wzruszającymi dramatami nigdy nie gardziłem. Patosu w każdym bądź razie, nie stwierdzono. Wracając wreszcie do obiecanych postaci – przewija się ich tu cała masa. Każda ważniejsza kreacja jest charakterystyczna na tyle, by nie mieć wątpliwości, że autor pierwowzoru dla tego anime, czyli Yoshiki Tanaka niezwykle przyłożył się i do tej części warstwy fabularnej. Charakter każdego nieanonimowego bohatera oddał bardzo pieczołowicie, subtelnie i z pomysłem. Każdy ma swoje racje, poglądy i styl bycia. Większości przyjdzie stanąć przed trudnymi z moralnego punktu widzenia wyborami. Nikt nie jest też nieśmiertelny i często można zaskoczyć się, że śmierć poniósł ktoś, kto według nas miał na to najmniejsze szanse. Przy czym – bohaterowie umierają naturalnie. Nie robią tego przez pół odcinka, w tle wyciskającej łzy muzyki tła. Nie znam też anime, w którym znalazłbym aż tylu ciekawych bohaterów. Do mojego prywatnego rankingu dziesięciu ulubionych – trafiło aż trzech, z których każdy ma swój własny styl.

Trzecią cechą, która rzuca się w oczy przy oglądaniu tego anime jest niewątpliwie realizm. Zarówno jeśli chodzi o przedstawienie wojny (będącej główną osią wydarzeń tej serii), jak i wątki polityczne. W przeciwieństwie do znanej powszechnie marki, spod której pochodzące serie traktują o wojnie, tutaj wyniku bitew nie rozstrzyga to kto ma lepszą zabawkę. Seria nie zagłębia się w technikalia właściwie w ogóle. Tutaj o sukcesie, bądź porażce decyduje strategia, taktyka, sytuacja polityczna, morale żołnierzy, stan uzbrojenia i zapasów floty, oraz oczywiście osoba dowódcy i jej kunszt w „sztuce wojennej”. Czyli zdolność do szybkiego i wnikliwego analizowania poczynań wroga i odpowiedzi na nimi adektywanymi środkami – czyli najlepiej wyszukaniem niekonwencjonalnego rozwiązania, które będzie się dało wprowadzić w życie. Wielu widzów może uznać brak jakichkolwiek mechów i przesadnych technologii za zaletę, niektórzy zaś za wadę mogą uznać to, że bitwy niekiedy przywodzą na myśl partię szachów, o której losach decyduje to, kto pierwszy kogo wymanewruje; kto pierwszy straci zimną krew i popełni błąd. Skoro już jesteśmy przy wojnie, to chociaż przez lwią część czasu towarzyszymy dowódcom wojsk, to jednak wojnę zobaczymy z każdej perspektywy – począwszy od asystentów, pilotów myśliwców, piechoty i chociażby speców od botaniki. Wiarygodność i realność zachowują jednak nie tylko bitwy. Wszelkie zwroty akcji, postacie i strona fabularna całościowo śmiało zasługują na dopięcie im słowa „realizm”. Każda akcja budzi reakcję i nie raz zdziwiłem się, że nie zapomniano o czymś co miało miejsce kilkanaście odcinków temu, ba – wykorzystano to w nieoczekiwany sposób. Zdziwiłem się też, że kiedy trzeba pokazać brutalność, to studio nie zawahało się tego zrobić.

Czwarte, to wszechobecny i widoczny od samego początku rozmach produkcji. Zatrudniono około 100 seiyuu. Ścieżka dźwiękowa to symfoniczne utwory rzucające wyzwanie muzyce Johna Williamsa z wiadomej sagi. Wszystkie soundtracki skompresowane w mp3 zajmują razem, bagatela – około 2,5 gb! Openingi i endingi również trzymają poziom i mają klimat. Zwłaszcza zamykający pierwsze 26 odcinków utwór, który z miejsca stał się moim ulubionym endingiem z anime ogólnie. Owszem, seria ma swoje lata, jednak osobiście nie przeszkadzało mi to ani przez sekundę. Twarze postaci są realistyczne. Brak tu jakiegokolwiek super-deformed. Animacja trzyma poziom i nawet realizacja starć w kosmosie nie powinna budzić szczególnie mieszanych uczuć. Oprawa audio-wideo idealnie trafiła w moje gusta i mimo, że seria nie jest najświeższa, to jednak wystawiam i grafice i dźwiękowi wysoką ocenę. Zachęcam zatem wszystkich do dania tej produkcji szansy. Owszem, Legend of Galactic Heroes jest długie. Teoretycznie „ma też swoje lata” – jednak jeśli dla kogoś będzie stanowiło to mocny argument przeciw daniu tej serii szansy, to według mnie popełnia na sobie, jako na fanie anime największą samobójczą zbrodnię. W żadnym wypadku nie zaliczyłbym tego serialu do oldskulu – fabularnie deklasuje wszystkie nowoczesne serie. Wiem, że dla wielu bardziej wyrobionych widzów powyższy tekst może wydać się średnio wiarygodny, bo nie wspomina o żadnych wadach. Ale ta seria po prostu deklasuje wszystko co do tej pory widziałem – patrząc na nią nawet chłodnie, można pokusić się o stwierdzenie, iż to właśnie ona jest najbliżej perfekcji. Po skończeniu oglądania, mogę śmiało powiedzieć, że jest to najlepsze anime jakie widziałem, zarazem moja ulubiona seria i najciekawsza fikcyjna historia z jaką miałem do czynienia w swoim życiu. A jeśli miłośnik (aczkolwiek niespecjalnie zaawanswoany) mówi, że w gatunku „space opera”, „Legenda Galaktycznych Bohaterów zjada na śniadanię Gwiezdne Wojny to coś powinno to znaczyć. Tak więc – polecam wszystkim tym, którzy szukają ambitnej i wybitnej serii, która dostarcza rozrywki jednocześnie nie zadając intelektowi obrażeń i zmuszając szare komórki do pracy.

Download etc
http://myanimelist.net/an...Galactic_Heroes - technikalia itp
http://a.scarywater.net/ca/ + popularne zbiorowe trackery (mininova, btjunkie etc)

Ostatnio zmieniony przez mocnowidno 17-01-10, 16:46, w całości zmieniany 35 razy
Moja odporna na spoilery recenzja:


Legend Of The Galactic Heroes

„W każdym czasie, w każdym miejscu, czyny ludzi pozostają takie same”* – tak brzmią słowa padające na początku drugiego openingu serii, stanowiące jednocześnie jej przesłanie**. Ludzkość uwięziona jest w wiecznie zataczającej koło historii. Wszystko się powtarza, gatunek ludzki nieustannie zmierza w kierunku kolejnego konfliktu, wojny. Okresy bez wojen to pojedyncze wyspy na oceanie historii. Nie istnieje stały pokój, jest on sprzeczny z naszą naturą. Wysiłki najwybitniejszych nawet jednostek, zmierzające w kierunku zjednoczenia ludzkości pod jednym sztandarem od samego początku są skazane na niepowodzenie. Legend of the Galactic Heroes opowiada właśnie o jednej z tych prób.

Akcja LoGH rozgrywa się w XXXV w. n.e. Całą drogę, jaką ludzkość przebyła od opuszczenia swojego świata ojczystego i rozpoczęcia ery kolonizacji kosmosu, do punktu, w jakim znajduje się w pierwszym epku, przedstawiono bardzo szczegółowo w samym anime pod postacią zapisów wideo/kronik, jakie oglądają/czytają bohaterowie – do timingu tych swoistych retrosów nie można mieć specjalnych zastrzeżeń: pojawiają się w momentach najbardziej do tego pasujących. Co ciekawe, sama fabuła anime opowiedziana została w sposób przywodzący na myśl kronikę historyczną. Objawia się to występowaniem postaci bezosobowego narratora, który na początku każdego odcinka podaje nam datę aktualnych wydarzeń, z dokładnością do dnia (akcja rozgrywa się na przestrzeni kilku lat), a na koniec rzuca króciutkim tekstem dotyczącym aktualnych wydarzeń, lub ich przyszłych konsekwencji (czasem nam odrobinkę spoilerując (o ile można tak to określić)). Ot taki, bardzo klimatyczny, smaczek, celujący w pokazanie widzom wagi aktualnych wydarzeń.

Rdzeń fabuły stanowi długotrwały konflikt zbrojny pomiędzy, wzorowanym na XVIII wiecznych Prusach Galactic Empire, rządzonym przez absolutystycznego, omnipotentnego Kaisera (motyw ten całkowicie skopiowano w Code Geass, więc powinniście wiedzieć, o co chodzi), a demokratycznym Free Planets Alliance, o ustroju porównywalnym do współczesnych państw prawa (najwyższym organem naczelnym jest parlament). Pomiędzy zwaśnionymi stronami leży niepozorne Phezzan Dominiom, ojczyzna niezależnych kupców, handlująca, mimo oficjalnej przynależności do imperium, z obiema stronami i wspierająca środkami tą, która aktualnie przegrywa, aby utrzymać chwiejną równowagę i przedłużyć walki w myśl zasady iż wojna jest najlepszym miejscem do zdobycia fortuny. Polityka to uczyniła z tego, niewielkiego terytorialnie, państewka istnego olbrzyma gospodarczego.

Tak przedstawia się uniwersum LoGH. Na pierwszy rzut oka wydaje się proste i niespecjalnie imponujące. Nic bardziej mylnego. Po pierwsze: żadna ze stron konfliktu nie jest jednorodna: w każdym państwie mamy kilka antagonistycznych wobec siebie frakcji; mamy tu wszystko: spiski wojskowe, partie, sekty religijne, bojówki polityczne. Co ważniejsze, każda z tych organizacji otrzymała odpowiednią ilość czasu antenowego i, to naprawdę rzadkość, realny wpływ na fabułę. To właśnie jedna z najpiękniejszych cech tej serii: nie ma tu bolączki wielu innych tytułów, czyli „organizacji figurantów”, robiących jedynie za nazwę na mapie czy tani plot device – wszystko ma znaczenie; łańcuchy przyczynowo-skutkowe aktywizujące działalność ugrupowań zostały przedstawione w sposób realistyczny, niepozostawiający pola do krytyki.

Postacie, których losy śledzimy to przede wszystkim przywódcy – dowódcy wojskowi, politycy, głowy ciemniejszych ugrupowań, wymienionych powyżej. Śledzimy ich reakcje na obecne wydarzenia na świecie a także ich analizy, plany i ambicje, ale również życia osobiste, oraz, w przypadku wojskowych, ciągi myślowe, jakie prowadzą podejmując decyzje strategiczne. Rzeczą, o której warto wspomnieć jest elastyczność postaci, a raczej niezwykle naturalnie przeprowadzone przemiany wewnętrzne co poniektórych char.
Parę pierwszych skrzypiec grają dwaj genialni dowódcy wojenni, których przeznaczenie umieściło po przeciwnych stronach barykady:

Reinhard von Lohengramm – ur. Reinhard von Musel, znany również jako „blonde brat” :3. Urodzony jako dziedzic podupadłej rodziny szlacheckiej Reinhard prowadził stosunkowo normalne życie do momentu, kiedy jego starsza siostra została, w praktyce siłą, zabrana do pałacu, jako, hm… nałożnica Kaisera. Młody von Musel postanowił wtedy zrobić wszystko by przejąć władzę i ukarać znienawidzonego monarchę. Po części dzięki swojemu ogromnemu talentowi, a po części dzięki względom, jakich udziela mu cesarz aby zadowolić swoją faworytę, Reinhard błyskawicznie wspina się po szczeblach dowodzenia armii, otrzymuje tytuł szlachecki wraz z nowym nazwiskiem i w rekordowo młodym wieku zostaje admirałem floty imperialnej. Cały czas towarzyszy mu jego oddany przyjaciel, Siegfried Kircheis który jest ponadto czuje miętę do siostry Lohengramma. Ogromnie charyzmatyczny, inteligentny i przenikliwy, bardzo dumny, czasem porywczy a przede wszystkim obdarzony ambicją i wolą walki, którymi można szlifować diamenty, Reinhard, mimo dość baśniowego outline’u, od razu zyskał sobie moją sympatię i został ulubioną postacią serii.

Yang Wenli – Syn pochodzącej z FPA rodziny kupieckiej. Od zawsze pasjonowała go historia i to z nią wiązał swoją przyszłość. Kariery w wojsku chciał użyć jako źródła gotówki do opłacenia swoich badań historycznych; niestety jego plan nie do końca wypalił i Yang wiąże się z armią na dłużej niż planował. Charakterologicznie Yang jest przeciwieństwem Reinharda; leniwy i niepoukładany, cichy, skromny i totalnie pozbawiony tak charyzmy, jak i ambicji – taki troszkę nieudacznik. Tym, co łączy obu bohaterów jest to, co czyni z nich geniuszy sztuki wojennej: uderzająca inteligencja i umiejętność przewidywania. Ponadto Wenli, jako zamiłowany historyk, posiada szeroką wiedzę w tym zakresie i bardzo często (praktycznie w każdej ważniejszej kwestii) z jego ust padają słowa co bardziej znanych myślicieli z różnych epok, przeważnie dotyczące wojny, ale również samego bycia człowiekiem, natury ludzkiej. Wszystkie te cechy, zwłaszcza wprowadzanie do serii filozofii, czynią z Yanga najbardziej charakterystyczną postacią serii.

Jak łatwo zauważyć, ani przedstawiciela Imperium, ani dowódcy z FPA, nie można określić „tym dobrym” lub „tym złym”. To dlatego, że w LoGH najzwyczajniej nie istnieje ten, najbanalniejszy z możliwych, podział. W zasadzie postaci, które można nazwać złymi w tej serii nie istnieją – nawet jeśli ktoś podejmuje działania oceniane przez innych ekstremalnie negatywnie, to zwykle okazuje się, że robił to wszystko w jakimś słusznym celu, lub przynajmniej wierząc, że ten cel jest słuszny. Zasada ta odnosi się również do samego konfliktu: jak mówi Yang, „przytłaczająca większość wojen nie rozgrywa się pomiędzy dobrem i złem, a pomiędzy dobrem a dobrem” – tutaj mamy, nie zdradzając zbyt wiele, bardziej konflikt rządzących tymi państwami ideologii.


W Legend of the Galactic Heroes nie ma fanservicu, moe dziewczynek, ślicznych chłopców (poza Reinhardem, ale to jest w pewien sposób uzasadnione fabularnie; będziecie wiedzieć o co mi chodzi, kiedy już skończycie serię :P) czy wielkich robotów rozwalających tabuny wrogów wszelakiej maści w rytmach j-rocka.
Co więc właściwie jest treścią anime?

W pierwszej kolejności należy niewątpliwie wymienić bitwy. Ale jakie bitwy! Batalię toczą praktycznie zawsze olbrzymie armady, gdzie ilość krążowników przypadających na każdą ze stron idzie w dziesiątki tysięcy. Całość zrealizowano z ogromnym rozmachem, po prostu czuć ten ogrom. Pomimo pewnej statyczności cechującej większość starszych anime, wrażenia wciąż są niesamowite. Jak to zgrabnie ujął jeden z recenzentów na MALu, LoGH zasługuje na miano „Gwiezdnych Wojen” znacznie bardziej niż same „Star Wars”. ^^
Jak łatwo wywnioskować po rolach obu protagonistów w ich państwach, w bitwach najważniejszą rolę odgrywa nie mech głównego bohatera, nie liczebność, nie spiral power, tylko, odpowiednio, strategia taktyka. Ten aspekt sztuki wojennej został przedstawiony w rozbudowany i przekonywujący sposób. Mamy szczegółowo rozplanowane plany wypraw, przewidywanie kilka wydarzeń do przodu itp. W ramach tego węższego aspektu sztuki wojennej zafundowano nam m.in. flankowanie przeciwnika, zasadzki i gambity maści wszelakiej. Co prawda mnie uderzyły pewne dość dziwaczne rozwiązania taktyczne, są to jednak myśli weterana gier strategicznych i IMO statystyczny widz niczego podobnego nie odczuje. Ze strategią zaznajamiamy się, jak już wspomniałem wyżej, z perspektywy dowódcy floty który analizuje działania oponentów i przygotowuje przeciwdziałania – zwykle zanim rozkazy dochodzą do skutku, obserwujemy swoistą wizualizację w postaci ekranu taktycznego, gdzie odpowiednie regimenty oznaczone są trójwymiarowymi (w formie rysunków, nie animacji) figurami w odpowiednich kolorach – genialny pomysł. Nie zabrakło również abordaży i hand to hand combat, choć ten element wyszedł co najwyżej średnio (kwestia przestarzałej technologii).

Wypadałoby również powiedzieć dwa słowa o samych statkach kosmicznych. Tutaj szczerze mówiąc obyło się bez rewelacji: mamy dwa główne typy: krążowniki, które odwalają 90% roboty, oraz myśliwce (za ich lotniskowce robią również krążowniki). Kilkukrotnie (dosłownie, pojedyncze przypadki) wykorzystywane są również jednostki inżynierskie – używane do usuwania blokad złożonych z min czy innych układów taktyczno-defensywnych. Tyle wszystkiego; co prawda po stronie imperium istnieje jeszcze flota ‘Czarnych Lansjerów”, różniąca się lekko designem i ogólnie kreowana na potężniejszą, jednak są to zmiany dość kosmetyczne i na dłuższą metę „lansjerzy” nie różnią się zbytnio od regularnych krążowników. Jednostek jest mało, marzył mi się przynajmniej jakiś podział na lekkie/ciężkie fregaty czy chociażby oddzielne lotniskowce, jednak ostatecznie nie przeszkadza to aż tak – nie jest to aspekt na który nałożono jakiś nacisk, by specjalnie raziło. Ogromna różnorodność występuje za to w przypadku statków flagowych, czyli polowych kwater admirałów – każdy okręt posiada nazwę i charakterystyczny wygląd (przynajmniej w przypadku flagshipów imperium; statki FPA to podobne do siebie, zielone bryły), sprawiający że od razu identyfikujemy go z konkretną postacią.

Kolejnym ważnym aspektem jest polityka, również przedstawiona realistycznie, choć nie tak eksploatowana jak bitwy. Mamy więc reformy, przemiany ustrojowe, poszukiwanie casus belli (dla niekumatych: pretekstu do wojny), inspirujące mowy przywódców i opozycjonistów, przetasowania sojuszy, machinacje personalne; ale również konsekwencje tych działań: zamachy na liderów, demonstracje czy zwyczajne zamieszki.

Wszechobecny w LoGH realizm odcisnął swoje piętno również na samym stylu prowadzenia historii. W czym rzecz? W tym że, tak ostatnio powszechne, plot twisty wywracające całą sytuację do góry nogami praktycznie tutaj nie występują – niewiele jest zdarzeń naprawdę „wyskakujących spod ziemi”, których w życiu byśmy się nie spodziewali. Na wszystkie, ważniejsze dla uniwersum, akcje „zbiera się” – najczęściej przewidują je same postaci – funkcjonuje to w ten sposób, że po każdym znaczącym wydarzeniu mamy kilka przeskoków (bardzo płynnych, najczęściej zestrojonych ze scenami ważnymi dla innych wątków) do kilku postaci, które, czasem niejako poniekąd, analizują je i przewidują konsekwencje, które często okazują się słuszne. Z tego zabiegu wynika kolejna cecha, dla niektórych wada, serii: akcja, w porównaniu do „hitów” typu Code Geass (o „wspaniałości” tego anime rozpiszę się wkrótce), toczy się dość wolno; ludzie oczekujący że w pięć minut po naradzie wojennej zacznie się młócka bardzo się rozczarują (choć nie można powiedzieć, żeby akcja się ślimaczyła).

Twórcy zawarli w anime wiele motywów, dotyczących wojny, polityki, czy też najzwyczajniejszej moralności, zmuszających nas (czasem pośrednio, czasem poprzez Yanga lub inną postać) do zadania sobie pytań i refleksji nad nimi. Nie są to oczywiście kwestie banalne, dla przykładu:
- Czy najbardziej zniekształcona, zepsuta korupcją demokracja wciąż jest lepsza od najwspanialszych, zapewniających dobrobyt, rządów autorytarnych?
- Czy zasadne jest istnienie państwa, kiedy utraciło ono wszystkie swoje cnoty i ideały a powód, dla którego pierwotnie powstało, przestał istnieć?
- Czy moralne jest poświęcić klika niewinnych żyć, by ocalić wielokrotnie więcej żołnierzy? (Czy cel uświęca środki – klasyk)
Samo pojęcie zła zostało w LoGH przedstawiono w sposób mocno abstrakcyjny - tak, aby zmusić widza do przemyśleń.

Jeśli chodzi o kwestie techniczne, to:
Ścieżka dźwiękowa jest perfekcyjnie dopasowana do klimatu opowieści; mamy tu szeroki wachlarz utworów muzyki poważnej, która okazała się niesamowicie kompatybilna z epickimi starciami w próżni, ale również przemówieniami czy scenami na dworach szlacheckich.
Kreska nie pozostawia miejsca na zarzuty; tu również daje o sobie znać realizm – nie ma oczu na 3/4 twarzy, włosów w dziwnych kolorach sterczących na wszystkie strony czy groteskowych proporcji. Być może nie powala szczegółami, ale jest bardzo staranna i czysta; nie ma przerostu formy nad treścią (którym „ratują się” zwykle kiepskie anime). Design statków kosmicznych co najmniej bardzo dobry.
Poziom animacji, przez wzgląd na wiek serii, dzisiaj już raczej śmieszy, ale w LoGH, gdzie tak naprawdę nie ma wielu dynamicznych scen, wcale a wcale to nie przeszkadza (poza scenami walki wręcz, o których wspomniałem wyżej).

Legend of the Galactic Heroes to, na dzień dzisiejszy, niewątpliwie najlepsze anime z jakim miałem przyjemność się zapoznać; doskonałe uniwersum, niezapomniane postaci, niesamowity rozmach a przede wszystkim epicka fabuła, powalająca na kolana i zmuszająca do błagania o więcej. Niestety, charakterystyczne tempo i styl prowadzenia historii powodują, że seria nie jest dla każdego: nie przemówi do widza wymagającego wyłącznie niezbyt ambitnej, ale za to dynamicznej rozrywki (dlatego LoGH nigdy nie będzie numerem jeden na MALu :( ). Jeśli uważasz, że nie zaliczasz się do tej grupy, nie pozostaje Ci nic innego, jak tylko śmiało sięgnąć po ten wspaniały tytuł. :)


Epickie podsumowanie:

Plusy:
+ Fabuła.
+ Realizm.
+ Uniwersum.
+ Postaci.
+ (iście galaktyczny) Rozmach.
+ Doskonała muzyka.

I, jako że prawdziwa miłość to taka, która dostrzega i akceptuje wady drugiej strony:
- Nie dla każdego.
- Wolne tempo akcji.
- Słabe sekwencje walki wręcz.
- Nieśmiertelność pewnego pułku.
- Przestarzała animacja.

Oceny składowe:
* Fabuła: 9000/10
* Postaci: 10/10
* Kreska: 8/10
* Muzyka: 9/10
* Animacja: 6/10

Ocena końcowa:
10/10

*w oryginale: "In every age, in every place, the deeds of men remain the same
**dyskusyjne ^^
“There are few wars between good and evil; most are between one good and another good”

Zacznę od tego, że ten post będzie długi. Tak długi jak ta seria. Dodatkowo sądzę, że będzie tak samo emocjonujący jak wszystkie obejrzane przeze mnie 110 epów tego anime, tak samo pełen odniesień, spostrzeżeń, wątków oraz z dodatkiem takiej samej siek....nie, wróć...to nie ta seria. No i z góry przepraszam za kilka nieścisłości i dziwne zdania, ale jestem pod tak wielkim WRAŻENIEM, że trudno niekiedy było mi zebrać myśli lub też odpowiednio ubrać je w słowa, lub po prostu kiepski stan umysłu mógł spowodować, że do tekstu wkradło się kilka fabularnych baboli i , nie wszystko mogłam dobrze w serii zrozumieć. No, ale starałam się, serio .
To jest wersja 10 posta , 9 pozostały zostałby skasowane za słownictwo, tak szybko jak ten post by się pojawił na forum, a tego byśmy nie chcieli ~~ neee ;) ?
Ach i naprawdę starałam się streszczać i specjalnie nie przedłużać ani przynudzać, ale wyszło jak wyszło.
No i jeszcze jedno- w poście są spoilery, nie chce mi się upychać całego posta do tagów, dlatego zostaliście ostrzeżeni i czytacie na własną odpowiedzialność.....
Przepraszam, z góry za wszystkie niedogodności w trakcie czytania :<

Może więc przejdźmy od tego na co zwracam największą uwagę, zaraz po fabule, czyli od wizualiów jak to mam w zwyczaju : No cóż, seria raczkowała w 88, co widać, ale moje wprawne oko i umiejętność posługiwania się googlami umożliwiła mi sprawdzenie sobie co jeszcze wychodziło w tym zacnym roczniku, aż do zakończenia produkcji LOGHA. Po krótkiej analizie- cóż, w sumie LOGH jak na swoje czasy prezentował się nawet nieźle.
No dobrze, pierwsze...hmmm +20 epów to była masakra dla oczu, kolejne jednak dawały radę. Kreska dość realistyczna, próbowano zachować jakieś proporcje no i zalatywało mi trochę amerykańskim stylem, ale to akurat nie przeszkadzało. Charadesing- ech biszów, to ja bym tutaj raczej nie szukała, bo większość buziek prezentuje się nadzwyczaj przeciętnie, żeby nie powiedzieć brzydko, ale na plus idzie to, że są wyraźne różnice w tychże. Trochę bolały oddalenia na postacie, gdzie ludki wyglądały jak kolorowe worki, często też przy rysowaniu tłumów za bardzo się nie przykładano ,w wyniku czego dostawałam jakieś czarne ludziki, no ale....
Mam też duży żal, w kwestii rysowania kobiet. Lata 80’ to niestety okres kiedy większość płci pięknej w anime wyglądała bardzo...um..”męsko”. Trochę żal, że bardziej się do nich nie przyłożono, nie dano prawdziwie kobiecych kształtów i w ostatecznym rozrachunku czasem trudno było je odróżnić od męskich bohaterów.
Tła...hm...strasznie statyczne, dość proste, w przyduszonej kolorystyce, do tego układ większości pomieszczeń, w kolejnych lokacjach wyglądał tak samo. Rozumiem, że jeśli chodzi o szeroko pojętą „kosmiczną” architekturę, nie można się pokusić o specjalną finezję, ale mimo wszystko przydałoby mi się większe urozmaicenie.
Co do wojennej maszynerii – prezentowała się naprawdę ubogo, mało pomysłowo, dodatkowo miałam wrażenie, że już widziałam coś w podobnym stylu i o podobnym zastosowaniu, ale chyba wszystkie space opery lecą w pewnych kwestiach od jednej kalki. Do tego- trochę dziwne, że mimo wyliczenia tylu planet, dość sporego rozstrzału czasowego (akcja serii dzieje się przecież przez kilka lat), nie widać specjalnie żadnego progressu technicznego, żeby było śmieszniej- wydawało mi się do tej pory, ze własnie na wojnie , najbardziej inwestuje się w sztab konstruktorów takich zabawek, a tutaj w ogóle nie było tego czuć. Wszyscy przez lata używają tego samego sprzętu i jest fajnie...Yhm.
Aa , ale nic mnie tak nie rozbawiło jak te wszystkie...um.. ”wizualizacje” typu rozmieszczenie statków czy czegos tam- nie wiem jak oni to odczytywali, ale dla mnie kilka kolorowych , trudnych do określenia pod względem kształtu rysuneczków i wykresików, nie jest raczej czytelną wskazówką co do pozycji wroga, no ale w wojsku nigdy nie byłam, widocznie się nie znam i znać nie muszę.

No i jeszcze ocena sieki, czyli to na co czekałam najmocniej w tej serii, ale skupię się może najpierw na krwi. W sumie, lała się dość gęsto, niekoniecznie z sensem, wyglądała niesamowicie sztucznie, było jej zdecydowanie za dużo i...i fokle, po raz pierwszy miałam poczucie, że źle się komponuje z batalistyczna otoczką XD
„Najlepiej” wyglądały te sterty trupów tak pod koniec, które kojarzyły mi się z frytkami oblanymi wcześniej wspomnianym keczupem...tak.
Ketchupowi mówię nie. Zdecydowane nie.
Tak poza tym to strasznie ubogo. Prócz kilku starć ludków ze służbami porządkowymi, kilkoma „wizytacjami” żołnierzyków którejś ze stron u wrogów...jakaś taka posucha w tym względzie, ale może seria leciała przed 21 i dlatego tak ubogo to wszystko wygląda (chociaż nie, przecież to OAV....hmmm)
Ach i jeszcze coś odnośnie obrażeń- trzy czerwone krechy na krzyż albo wmawianie , że człowiek jest tak długo wstanie sapać z przeciętą tętnicą szyjną i kulą w okolicach serducha ...ktos nie odrobił zadań z anatomii ;d , ale wybaczam....to był 88...mogli nie wiedzieć ;d To samo się tyczy innych mocno przeciąganych zejść lub odratowania ludzi, którzy generalnie powinni nam tutaj umrzeć i zalać się krwią po paru sekundach , no ale nieważne...to takie heroiczne wysapywać wierność ojczyźnie i umierać na rękach ukoch...um...tego no....dowódcy...

Muzyka: muzyka była straszna. Począwszy od wzniosłego i dość patetycznego openingu numer jeden i dwa , które miały zapewne za zadanie bardziej podnieść hhmm klimat serii oraz no właśnie....wzmocnić wspomniane przeze mnie wcześniej poczucie wzniosłości , których zwyczajnie nie dało się słuchać dłużej jak 30 sekund, poprzez them’y w tle, które były równie męczące jak opy. Oczywiście, stylistyka serii rządzi się swoimi prawami, ale fajnie by było puścić w tle czasem coś żywszego niż rzępolenie kojarzące się z tanim horrorem klasy D (tak, już widzę to oburzenie, że nie doceniam klasyki, ale niestety, to nie jest to co specjalnie lubię ) czy przygrywkę na flecie (?) , rodem z Heidi.
No, ale ok., powiedzmy, że jestem wstanie to jeszcze jakoś wybaczyć. W sumie jedynym opem, który udało mi się przeżyć bez większego utyskiwania, był ten z numerem trzy...dzięki Ci boże, że był tylko w wersji instrumentalnej. Ach no i jeśli chodzi o animację- trudno cokolwiek powiedzieć. Dużo statycznych ujęć, dużo prostych przejazdów (szczególnie sobie upodobano ujęcia gęb, z różnych kątów) no i masa oddaleń, mających chyba tuszować jakieś buble przy rysowaniu...nie, nie chcę się w to mocniej zgłębiać wolę nie wiedzieć.

A i jeszcze tak odnośnie opów i edów- oglądałam za każdym razem animację do obu i jestem lekko rozczarowana- liczyłam, że twórcy pokuszą się o coś więcej i jakąś większą finezję, niż wstawianie gęb kolejnych bohaterów, ale w sumie to jest najmniejszy problem tej serii. Wszelkiej maści Gundamy w początkowej fazie też na to cierpiały (przynajmniej te które ja miałam „przyjemność” oglądać) i jakoś niespecjalnie zepsuły finalny odbiór całej serii so....w sumie można sobie to przewinąć i katorga z tego tytułu jakby mniejsza...
Co do trzeciego- tutaj było widać jakiś nieznaczny postęp, widać też było, że bardziej przyłożono się do animacji , a i pomysł na hmm „scenariusz” do niego bardziej dopracowano, co nie zmienia faktu, że i tak prezentował się cienko i po dwóch zapuszczeniach , podziękowałam mu, tak jak pierwszym dwóm.

Seiyuu było takie sobie. Horikawa Ryo mimo obiektywnie epickiego głosu (ten kto widział japońskie DB wie o czym mówię XD), tutaj brzmiał strasznie ..nie wiem, jakoś tak niemęsko, strasznie anemicznie i brakło mi w niektórych momentach powera.
Reszta- też nie jestem zachwycona. Większość dialogów brzmi strasznie drewniane i sztucznie, widać , że niespecjalnie się wczuwano. Słabo było czuć emocje, z małymi wyjątkami.
W sumie...w sumie chyba jedynie seiyuu Yanga było odpowiednio dopasowane i fantastycznie kontrastowało z jego osobowością. Tomiyama, Kei spisał się naprawdę na medal , ale nie dziwota , bo facet naprawdę miał do tego smykałkę i talent.

Fabuła- w sumie da się ją streścić jako ”Gadamy o ultimate kosmicznej siece, przez 110 epów i niewiele z tego wynika”. I na tym koniec.
No, ale po kolei. Największą bolączka tej serii jest to, że zarysowano nam jakiś konflikt , gdzie na główny plan wysuwają się (przynajmniej początkowo) dwie frakcje (chociaż jest i masa innych pobocznych, z których każda walczy o swoje) i...no właśnie. Niby się tłuką, niby dochodzi do jakiś starć, potem dochodzi nam coś a’la wojna domowa oraz masa pobocznych bitew, wynikająca z dziwacznie zawiązanych sojuszy, no ale właśnie. Na dobrą sprawę w ogóle nie było czuć, że wokół toczy się jakaś walka. Przywódcy kolejnych frakcji/burżuje/wpisać innych wysoko postawionych, plaprują przez całą serię o bzdurach, Reinhard niby też wiecznie się z kimś tłucze i został obwołany epic strategiem (sic !) chociaż na dobrą sprawę , prócz kilku decyzji wymuszonych „nożem na gardle” , nie kiwnął palcem i wiecznie tylko płaszczył tyłek wzdychając do siostry i przyjaciela (yhm, ta jasne, „przyjaciel”) . Naprawdę nie ogarniam jakim cudem wspiął się tak wysoko na szczyty władzy. Zasługi Yanaga też są wiecznie i nachalnie przypominane, ale...facet też siedzi na tyłku całą serię, czasem karząc komuś coś zrobić i racząc nas tanią filozofią, ale tak poza tym...
Oba te , ponoć genialnie umysły , prócz gadki i posiadania pozycji niewiele robią, a większość wydarzeń jest przedstawiane jedynie jako pomyślnie zakończone misje i ponoć pozytywnie rozegrane ich wizje bitwy, ale jakoś mnie to nie przekonuje. Do tego, cały czas odnosiłam wrażenie, że Reinhard po prostu korzystał z pomyślnie i dość przypadkowo ułożonego plotu, a nie własnych umiejętności taktycznych.
Pod koniec dopiero widać krew, siekankę, ale podaną zbyt późno i trochę w odrealnionej otoczce.

Z reszty fabuły- szkoda, że tak mało czasu poświęcono zwykłym szarakom, którzy trochę bez własnej wiedzy ani chęci zostali wciągnięci w wojenkę . Oczywiście, co jakiś czasem jesteśmy świadkami jakiejś rebeli, żali, raczeni jesteśmy stertą trupów (w pewnym momencie przestałam rozumieć skąd się ich tyle bierze i o co kaman z tymi cywilami, ale....),czasem pojawia się krótkie info o nastrojach społeczeństwach, ale jak na 110 epów było tego za mało. Za mocno skupiono się na wojskowych i militarnych bzdurach, za mało pokazano oblicza wojny z perspektywy zwykłych obywateli, którzy są największymi ofiarami takich wydarzeń. Serio, wolałabym oglądać dramaty ludzkie niż kolejną pogadankę wojskowych, którzy sprawiają wrażenie, jakby siedzieli na posiadówie albo tea party, a nie uczestniczyli w jakiś manewrach.
Co jeszcze – no jak pisałam już w wizualiach- szkoda, że mocniej nie zaakcentowano upływającego czasu. Poza zmianą priorytetów paru ludzi oraz cyferek na dole i pogadanki narratora w tle, jakoś słabo można było odczuć, że faktycznie minęło kilka lat/dni/miesięcy. Tj. ta wojna niby toczyła się się od kilku lat, ale jakoś słabo było widać przewagę, którejś ze stron, słabo widać było jej efekty, praktycznie nic się nie zmieniło i nadal byliśmy raczeni stertą taktycznych pogadanek o niczym. Chyba łapiecie o co mi chodzi niee ? (tak mi przeorało mózg, że ciężko mi się wysłowić z sensem >_<)

AA właśnie narrator a fabuła- rozumiem, że fizycznie niewykonalne jest zaminowanie każdej walki, sieki , każdego wydarzenia, bo by to zajęło multum czasu, ale to minimum...trochę kiepsko, że większość rzeczy przedstawia właśnie on i, że nie mamy okazji zobaczyć przebiegu pewnych wydarzeń na własne oczy. Obraz przemian i bitew stałby się dzięki temu bardziej wiarygodny.
No i jeszcze coś- trochę irytująca była przewidywalność kolejnych wydarzeń, przydałby się chociaż jeden lub dwa plot twisty, aby chociaż iluzorycznie zaskoczyć widza. Oczywiście nie mam nic przeciwko ciągom logicznym, to się chwali, ale jednak...przydałoby się jakieś wydarzenie, które chociaż chwilowo by odwróciło fabułę do góry nogami , podniosło poziom emocji, po prostu zaskoczyło, bo jednak ciągi przyczynowo-skutkowe, tak wiernie i idealnie przeprowadzone, budzą dużo wątpliwości co do swojej prawdopodobności.
I już na sam koniec (obiecuję)...dłużyznyyyyyyyyyyy...gadanie przez pół epa o sytuacji politycznej, narrator, który klepie nam o sytuacji jakiejś planety przez dobre 10 minut, do tego mało żywiołowym głosem . To fantastycznie, że starano się zarysować otoczkę i pokazać co się dzieje w galaktyce , ale czasem naprawdę było trudno usiedzieć i słuchać tego wszystkiego. Nie wątpię, że to co mi streszczano tak namiętnie miało wpływ na przedstawione w teraźniejszym czasie, wydarzenia w anime, ale...litości, niektóre rzeczy można było sobie łaskawie opuścić. A już najbardziej irytowały mnie wstawki o sprzęcie wojskowym w stylu „ To jest to i to, działające tak i tak blah blah blah blah”...po prostu zamknij się narratorze, idź sobie. Nie potrzebuję Cię.

Bohaterowie- huh, dużo ich i nie sposób wymienić wszystkich z pamięci. Mamy postacie główne, randomów, pół randomów, mięso armatnie, kobiety i masę innych postaci, które jakoś zapychają ten czas antenowy. W sumie to plus, bo faktycznie można poczuć klimat armii (,a nie to co w Valkirii ;d), z drugiej, nie wiem czy takie rozdrabnianie się i poświęcanie czasu każdemu ma jakiś większy sens.
No, ale na słowo o tych co ważniejszych chyba sobie mogę pozwolić:

Reinhard : Hmmm....facet ambitny, z mocnym postanowieniem zemsty za doświadczone krzywdy , ale....szczerze mówiąc od samego początku niespecjalnie przypadł mi do gustu.
Opętany wyżej wspomnianym poczuciem zemsty (chociaż w moim odczuciu trochę źle ukierunkowaną i spożytkowaną ), początkowo bardzo łatwy do manipulowania, emocjonalny i sprawiający wrażenie niestabilnego umm uczuciowo w jakimś stopniu. Szkoda, że jego pozycja na początku nie była wynikiem ciężkiej pracy, a jedynie zależna od protekcji siostry.
W sumie, wydaje mi się, że był na swój sposób postacią dość tragiczną, co nawet AR mu w jakiś sposób przewidziała. Kreowany na postać heroiczną, przez ciągła walkę, tak naprawdę z wiekiem, stał się strasznie zepsutym, zmęczonym i brutalnym człowiekiem ,a młodzieńcze ideały poszły się paść.
Coś jeszcze...hm...w moim odczuciu za dużo gadał, dawał się wciągać w dziwne gierki, początkowo zbyt idealistyczne poglądy, przekształciły się w chorobliwy do bólu realizm i trzeźwość umysłu. No i uważam, ze dość chamsko postępował ze swoją siostrą, która przecież poświęciła w jakiś sposób za niego swoje życie, a ten zamiast być jej wdzięczny sprawiał wrażenie wiecznie obrażonego księciunia. Tj. pod koniec jej zdecydowanie pomógł, ale to wcześniejsze wysyłanie jedynie posłańców...sądziłam, że gdy uda mu się zdobyć sensowną pozycję, wyciągnie ją jakoś z tej matni i naprawi to, co zepsuł tatusiek, ale nic takiego się nie stało. ‘K rozumiem, że osobie, która udzieliła mu protekcji, nie powinno pluć się w twarz, ale gdy był już dostatecznie silny, jakoś niespecjalnie się garnął do pomocy i jak zwykle kończyło się na gadaniu.
Skill taktyczny mocno przeceniany, jako „władca” spisywał się dość średnio , no i jego chorobliwe pielęgnowanie pamięci i uczucia do zmarłego Kircheisa była na swój sposób dość niezdrowa i trochę przerażająca. No i może coś jeszcze o relacjach z jego murzynkami, których miał całe stadka- cóż, dla niektórych był bezlitosny i karał za najmniejsze błędy, dla innych okazał się złotym człowiekiem, ale niestety cały czas śmierdziało od niego interesownością i przez to nawet najbardziej ckliwe gesty, traciły na znaczeniu.
Do tego jego chełpienie się pozycją (przynajmniej w początkowej fazie awansów), która na dobrą sprawę w ogóle mu się nie należała.
Coś jeszcze ? W sumie jedno z większych rozczarowań tej serii, chociaż doceniam próbę nakreślenia jakiegoś progressu charakteru, (gdzieś tak w połowie serii) który chociaż wyszedł dość kiepsko, dał się jednak łyknąć w jakimś stopniu i dzięki temu Reini nie wydał się taki drętwy.

Kircheis- w sumie, na samym początku zapałałam do nim nutką sympatii. Ot taka poczciwina , będąca swojego rodzaju głosem rozsądku dla czasem za mocno rozpędzającego się Reinharda.
Ostatecznie jednak...ech, skończył jak lama i jego bohaterska śmierć zamiast przynieść korzyści przyniosła tylko więcej szkody i sadness and sorrow w tle (szczególnie w odniesieniu jego blond przyjaciela, który chyba lekko sfiksował, a przynajmniej stał się, jak pisałam wcześniej, dość niestabilny pod pewnymi względami). Dodatkowo , żal mi , że dał z siebie zrobić murzynka, że dawał sobą tak okrutnie manipulować, a to wszystko w ramach przyjaźni . Oczywiście, że Rein to doceniał awansując go co rusz na nowe stopnie, ale sądzę, że to była zdecydowania za mała opłata za całe wsparcie jakie Kirch mu dawałam od lat dziecięcych. W sumie jedna z lepszych (o ile nie najlepsza postać) tej serii, która tchnęła trochę życia, nie raczyła nas smutami (no dobrze, czasem sobie tam powspominał shota Reinharda, ale wybaczam, każdy ma chwilę słabości nee ?) i w sumie naprawdę szkoda, że pożegnaliśmy się z nim tak szybko, bo sądzę, że mógł zrobić jeszcze wiele dobrego, a i kto wie czy ostatecznie jego relacje z Annerose nie weszłyby w jakiś sensowniejszy wymiar (ok., przyznaję, się bez bicia , ze im cichaczem kibicowałam i mimo różnicy wieku i to dość sporej jak mi się wydaje, prezentowaliby się jako para całkiem sensownie. No i prawdopodobieństwo pairingu wzrosło w momencie, gdy AR dała dość w moim odczuciu jasno, że również kochała Kircheisa i na bank nie była to miłość siostrzana ;d)

Yang- kolejny (ponoć) mastah serii, który w ostatecznym rozrachunku wydał mi się cholernie mało wyrazisty.
Kolejna postać z cyklu „jestem poczciwą duszą”, początkowo też go polubiłam, szczególnie w momencie gdy wyjaśnił dlaczego zdecydował się na wstąpienie do wojska (tj. było to dla mnie tak odrealnione, że w pewnym stopniu aż pocieszne XD ), ale potem.
Tak jak Kircheis zaczął cierpieć na słowotok, gadał o wszystkim, niekoniecznie tym, co było akurat istotne i ważne dla przebiegu fabuły. Do tego miał dość irytującą tendencję do filozofowania w najmniej odpowiednich momentach i zastanawiania się nad sensem życia, zamiast jakoś konkretnie zadziałać. Potem jego rola systematycznie malała i tak na dobrą sprawę, niespecjalnie się wykazał ,a trochę szkoda, bo miał zadatki na najbardziej rozgarniętą osobistość tej serii. Szkoda też, że tak słabo zarysowano jego determinanty, szkoda, że poza (ponoć) jednym bohaterskim czynem, nie pokazała specjalnie nic więcej (sorry, ale wieczne powtarzanie mi jaki to on jest epicki to za mało. Chciałabym to zobaczyć, a nie usłyszeć od random żołnierza czy narratora, który niekiedy wydawał mi się lekko stronniczy ;d). Do tego strasznie leniwy, nudny, pozbawiony charyzmy i sprawiające wrażenie, jakby znalazł się tutaj przypadkiem i było mu wszystko jedno. Chociaż nie- ma plus za posiadanie wiedzy historycznej i umiejętność wyciągania z niej jakiś wniosków (może trochę nazbyt patetycznych), ale jednak uczył się na błędach przodków.

Oberstein był szują, po prostu. Od samego początku mi śmierdział, lekko zirytował decyzją o przedwczesnym ataku i to jak sam rozgrywał swoje gierki, w jakiś sposób korzystając z protekcji Reina i wycierając sobie gębę, że to przecież on mu rozkazywał ;d
Z drugiej strony dziwi mnie, że Lohengramm mimo wiedzy, jakim człowiekiem jest Ober, nadal go trzymał blisko siebie i pozwalał na działanie. Nie ogarniam dotąd, do czego był mu potrzebny (chyba nie sugerował się tym, że potrzebuje po prostu kogoś starszego i doświadczonego w walkach nie ? hhmmm) . W każdym razie strasznie irytujący typ, opryskliwy, niesympatyczny , swoista szara eminencja serii.

Jessica Edwards – w sumie chyba jedyna kobieta z jajami w tej serii i budząca coś więcej niż uczucie politowania i facepalma nad kobiecą głupotą. Zdecydowana, harda, bardzo zmotywana, istna perełka w tym całym wojskowym motłochu. To co jednak mnie boli, to to, co z nią zrobiono wraz z biegiem fabuły Niespecjalnie do mnie przemawiało jej oddanie dla Lohengramma, i zaczęto z niej robić marne zastępstwo za Kircheisa. Szkoda.

Mittermeyer – hmmm...kolejny bohater, którego dało się lubić...do czasu xD W sumie akurat jego uwielbienie do Reinharda rozumiem – blondowłosy hojnie go obdarował , pomógł w naprawdę krytycznej sytuacji i w ten sposób, dość uczciwie imho , zdobył sobie jego lojalność.
Coś więcej o nim ? Hmm...family guy do bólu , do tego chorobliwie uczciwy i z mocnym kręgosłupem moralnym. Czasem sprawiał wrażenie dość beztroskiego człowieka i dość ciekawie to kontrastowało ze zdecydowaniem w kwestii wykonywania rozkazów. No i muszę przyznać, że dość mocno mi zaimponował w momencie, kiedy ukarał jednego ze swoich podwładnych śmiercią. Nie żebym specjalnie popierała tak brutalne metody (yhm, ta jasne ;d), ale to było naprawdę miłe, że facet nie toleruje hmm.. nazwijmy to ładnie „braku ogłady oraz elementarnych zasad moralnych i etycznych w podejściu do kobiet”. Tak....

Z innych :

Annerose robiła za (de)motywator Reinharda i wyglądała jak kalka tysięcy innych niewiast, co to zaraz mają zemdleć i w ogóle zejść tam na miejscu (chociaż żal, że ją wydano tak młodo za mąż za jakiegoś frajera) . Typowa, kochająca starsza siostra, zdecydowanie bardziej ogarnięta od brata jeśli chodzi o zabawę w „panowanie nad światem” z drugiej, chyba miała zbyt mocne zadatki na pacyfistkę, a w tej serii to niespecjalnie się sprawdza. Szkoda, że jej rola została zmargilizowana do „wyglądania” (chociaż w tej materii akurat średnio jej szło). Ach no i niespecjalnie tez byłam wstanie zrozumieć jej podejście do rodziny : odnosiłam wrażenie, że cały czas usprawiedliwiała decyzję ojca , sprawiała wrażenie, że bycie sprzedaną wcale jej nie rusza i skoro jest wstanie to zapewnić lepszy byt jej bratu to jest to sumie korzystna sytuacja. Wszystko fajnie, idea szlachetna i w ogóle, ale... nie, nie ogarniam takiego podejścia i laska powinna strzelić focha. No i jak pisałam przy Kircheisie- kibicowałam im relacjom i liczyłam, że może Reinhard jakoś „odbije” swoją siostrę i pomoże im się um „połączyć”, ale niestety...space opera to space opera, najważniejsza jest męska siekanina, a nie romansowanie z każdą księżniczką, która się napatoczy w fabule.


Minci jako szota się sprawdzał, ale jako napalony otaku armii niespecjalnie.. Chociaż muszę przyznać, że z wiekiem lekko zmężniał, widać, że trochę lepiej mu się poukładało w główce.

No i jeszcze słowo o wojskowych/wszelkiej maści randomów, ale tych ważniejszych i przewijających się bezpośrednio w otoczeniu Reinharda. W sumie trudno było mi tych ludzi zrozumieć, ale po kolei. Większość z nich stanęła po stronie blondyna z własnej woli...przynajmniej takowe wrażenie sprawiali przez całą serię.
Czy przemówiła do nich jego charyzma (yhm, jasne), skill bojowy (lol) lub też po prostu widzieli w nim osobę na odpowiednim stanowisku i po prostu nadającą się do bycia władcą...,a może po prostu się go bali i woleli nie zadzierać z ludźmi, którzy go umieścili na szczycie ? W każdym razie , nie jestem właśnie wstanie zrozumieć co ich porwało w ich dowódcy, że tak chętnie służyli mu pomocą, dawali się za niego podkładać, kochali go i wielbili za skilla , o którym krążą legendy, ale nikt go nie widział na oczy.
Nie wiem czy to ja niedoceniam naszego wojskowego czy po prostu cały czas przegapiam jakiś istotny fragment jego osobowości, który sprawia, że na bank nie klasyfikuje go jako postać epicką.

Reszty nie chce mi się opisywać, pewnie był ktoś jeszcze kto mnie „zauroczył” , ale starcza skleroza i natężenie nazwisk nie pozwala mi sobie przypomnieć....(cholera mogłam sobie robić notatki w trakcie seansu, my bad)
Aa nie, zapomniałam O NIM. O postaci, która zmiażdżyła mnie już po pierwszym, pojawieniu się. Człowieku, z którym spotkanie się w ciemnej uliczce skończyło by się bardzo źle...mowa o ....

Oskarze von Reuenthalu – o tak , bez bicia mogę przyznać, że był to mój No 1 jeśli chodzi o bohaterów tej kosmicznej opowieści. Koleś o aparycji sadysty i takim że charakterze, chociaż w gruncie rzeczy ZNOWUŻ okazał się całkiem porządnym facetem, który ma odpowiednio poukładane w głowie i w razie potrzeby można na niego liczyć i jest wstanie się podłożyć i poświęcić dla sprawy. Bardzo zaskoczyła mnie jego przyjaźń z Mittermeyer’em...tj. nigdy bym nie pomyślała, że tak dwie skrajne przedstawione i różniące się od siebie postacie, będą wstanie wejść w jakąś głębszą relację (tylko bez skojarzeń mi tutaj żabki :D). Kolejny murzynek Reinharda, ale znowuż tak jak Mitter, dzięki bogu supportował go z wdzięczności i szczerego podziwu dla jego skilla, a nie w wyniku strachu czy innej bzdurki. O czym jeszcze warto chyba napomknąć to o jego relacjach z kobietami. Długo się zastanawiałam dlaczego tak naprawdę mu z nimi nie wychodzi. Wyglądał miał, z charakteru też nie rysował się na jakąś podłą szuję, po prostu robił to co musiał, więc w czym problem ?
Już go nawet podejrzewałam o ciągoty do chłopców, ale chyba jego problem był bardziej złożony i głownie na przeszkodzie do zdrowego związku stał po prostu trudny charakter. (yhm, tak to sobie tłumacz Mili >_<)

No i skoro już skończyłam podsumowanie najważniejszych bohaterów i zanim przejdę do jakiejś szerszej klasyfikacji tychże, cóż....zauważyłam, dość niepokojącą tendencję w tej serii i pewien trochę nużący schemacik i aby się upewnić , że się nie mylę sprawdziłam sobie co nieco i miałam rację.
Otóż główną bolączką większości person tej serii jest oklepane do bólu, sztampowe i niekiedy wręcz żałosnie , nieszczęśliwe dzieciństwo. A to ojciec się kogoś wyparł, a to komuś tego ojca zabito albo odebrano wszelkie honory, bo stanął po złej stronie konfliktu albo za bardzo się stawiał, a to komuś siostrę zawłaszają , matkę mordują etc. itp. Itd...
Znaczy, nie jest to jakiś wielki problem (ZNOWU), bo ostatecznie jesteśmy na wojnie i logiczne jest to, że giną ludzie, że wiele istnień ludzkich traci swoich krewniaków w takich czy innych okolicznościach, ale wydaje mi się, że natężenie dram i jakoby kalka tych samych czy też podobnych życiorysów u kolejnych żołnierzy niespecjalne przypadła mi do gustu i z wielkim utęsknieniem szukałam jakiś szczątków optymizmu i pogodnego plotu w życiu tych ludzi.

A i właśnie jeszcze odnośnie śmierci – to nie jest błąd, a raczej pewnego rodzaju spostrzeżenie. Trochę zdziwiło mnie, że mimo tak zaawansowanych manewrów, tak mało głównych i mocno istotnych bohaterów ginie (na dobrą sprawę mogłabym wymienić tylko dwie persony). Jak mówię, to nie jest problem, ale po prostu byłam zaskoczona i spodziewałam się, że akurat w tej grupie bohaterów ujrzymy więcej trupków (to już chyba Gundam 00 był w tej kwestii mocniej rozbudowany xD)

Ogółem trudno byłoby ich (tj. mam na myśli bohaterów of corz ) sklasyfikować jako tych dobrych czy też zły. Każda z postaci musiał podejmować jakieś decyzje, niekoniecznie wynikające z tego co dyktuje im serce czy rozum, a będące raczej wynikiem splotu wydarzeń na scenie politycznej. Niektórzy musieli bawić się w „tych złych”, inni , nawet mimo złych intencji, musieli czasem pokusić się o „gest” by zaskarbić sobie przychylność ludu lub po prostu musieli założyć maskę pozornego tyrana , by dostać to co chcą, przy okazji ratując kilka ludzkich istnień. Ogólnie jednak w wielu przypadkach motywacja kolejnych postaci okazywała się epic banałem lub sprawiali wrażenie, że tak naprawdę niczego nie oczekują od strony po której się znaleźli i bardziej oddają się wirowi wydarzeń niż próbują coś ze sobą zrobić. Irytująca była też bierność, co łączy się ze zdaniem poprzednim, niektórych bohaterów, którzy mimo znajdowania się na wojnie, a przynajmniej w sytuacji ją imitującej, sprawiali wrażenie osób, w ogóle nią nie zainteresowanych, tym co się z nimi stanie. Annerose, która wiecznie jak mantrę powtarzała , że troszczy się jedynie o braciszka, Yang który wolał się oddawać historycznym smutom niżeli zwalczyć o większe dobro i własną przyszłość, która przybliżyłaby go do realizacji marzeń (sorry, ale samo wstąpienie do wojska to za mało), Reinhard , który czekał na bieg wydarzeń i z utęsknieniem wypatrujący aż ktoś pierwszy zrobi ruch, by dopiero potem wystosować kontrę i masa innych bohaterów, którzy jakoś słabo się starali, by odmienić swój los, a wojnę traktowali trochę jak zabawę i zabicie nudy.


Podsumowując: Dziwna seria jest dziwna. Straszne dłużyzny, strasznie przegadane epy, praktycznie o niczym, lub militarnych bzdurach, które lepiej chyba byłoby zanimować (przynajmniej coś by się działo na ekranie).
Dość kiepsko pod względem realizmu przedstawionych wydarzeń (bardzo dużo naciąganych wątków , małe prawdopodobieństwo takiego splotu wydarzeń i zbiegów okoliczności) ze słabo oddanymi realiami wojennymi.

Bohaterowie mimo swojej mnogości (co w sumie idzie na jakiś tam mały plusik) niespecjalnie zapisali mi się w pamięci, pozostają randomami po wszeczasy . Chociaż jak pisałam wcześniej, jest kilku bohaterów
, którzy u mnie zapunktowali, ale skoro doszliście aż tutaj, rozumiem , że o tym przeczytaliście w zakładce o Bohaterach :D Konflikt- cóż, w sumie chwali się w jakimś stopniu, że zarysowano go jako rozgrywkę taktyczną (ponoć) dwóch największych umysłów w galaktyce, ale z drugiej strony, mimo wszystko zabrakło mi klimatu wojny o czym pisałam wcześniej. Szkoda, że nie poświęcono więcej czasu na pokazanie jak faktycznie przebiegają decyzję na polu bitwy, nie pokazano procesu myślowego Reinharda, szkoda, że po macoszemu potraktowano jak te decyzje wpływają na innych ludzi : wojsko, zwykłych szaraków.
Trochę szkoda, że o większości rzeczy informuje nas narrator, a 110 epów ktoś wolał spożytkować na gadanie o bzdurkach. No i przede wszystkim szkoda, co napiszę już po raz enty w tym poście, że wszystko jest tak niemiłosiernie przeciągane, bo wydaje mi się, że większość wydarzeń można było spokojnie wyciąć, bez jakiejkolwiek szkody czy znaczącego uszczerbku dla fabuły.
Szkoda, że kobiety grają w tej serii marginalne role, szkoda, że są wiecznie zdane na mężczyzn i ciągle przez nich wykorzystywane. Szkoda.

Zaczęłam też pod koniec zastanawiać się o czym tak naprawdę jest ta seria. Czy chodziło tylko o międzygalaktycznie konflikty ? Tylko i wyłącznie o walkę o istnienie, zdobycie władzy, jakieś wyższe wartości, różne dla każdego z bohaterów ? W sumie jest to pewnego rodzaju historia ludzi, którzy po prostu walczą o własne szczęście i marzenia, a wojsko, armia i opowiedzenie się po którejś ze stron, po prostu pozwala im te założenia realizować. Po prostu. Głębsze przesłanie ? Może i takowe było, ale ja musiałam przegapić, przepraszam, nie chciałam :<

Komu polecić tą serię. Heh, jeśli nie jesteś masochistą, nie kochasz space oper, męczą Cię długie serie, w który tempo akcji pozostawia wiele do życzenia, to z całym sercem odradzam. LOGH to jedna z tych produkcji, gdzie tylko zatwardziali fani konwencji , poczują się jak w domu. Tylko oni będą czuli klimat postaci, walk, kolejnych taktycznych zagrywek, tylko oni się nie załamią nad poziomem dialogów, charadesingiem, muzyką i całą resztą, która nawet dla mnie, osoby wychowanej na Daimosach i raczej starszych produkcjach anime, wydawała się obiektywnie (, a może i subiektywnie, kto wie) straszna. Sądzę też , że świetnie będą się bawili przy tej serii Ci, którzy lubią patetyczne bajeczki o herosach, sami chcieliby kiedyś stanąć na czele kosmicznego imperium, ale niespecjalnie wiedzą jak się za to zabrać (odpowiem Wam : WTYKI, musicie mieć WTYKI), lub po prostu kręci ich stado menów, upchniętych w jednym miejscu, bez groźby niekontrolowanych yaoi hintów w powietrzu (chociaż co do tego miałam w pewnym momencie dość poważne wątpliwości).

Zanim opuszczę ten temat chciałam zaznaczyć kilka rzeczy dla formalności :

-Tak, wszystkie powyższe odczucia są subiektywne i moje własne
-Nie, nie mam w planach wdawać się w polemiki, nie będę też odpisywała na ew. odpowiedzi odnośnie tego postu. Nie, nie dlatego, że nie szanuję moich potencjalnych rozmówców, ale perspektywa rozmowy o LOGHu mnie zwyczajnie nie kręci ani nie mam siły ani nawet chęci po prostu. Zresztą w zderzeniu z fanami serii, gdzie wzajemnie będziemy się przekonywać czyja racja jest „mojsza”...to nie ma sensu
-Nie, nie mam w planach oglądać żadnych kinówek, oavek, czytać mangi spod znaku LOGHA...jedna seria była wystarczającą katorgą i nie sądzę aby doobejrzenie kolejnych produkcji z pod znaku tej space opery zmieniło moje zdanie czy też ocenę całej produkcji i z przykrością stwierdzam, że dnia dzisiejszego moja przygoda z tym tytułem się skończyła na zawsze (no chyba, że ktoś mi za to zapłaci albo obejrzy w zamian coś porównywalnie długiego ;d)


I już naprawdę na sam koniec- serii nie obejrzałam ze względu aby ją z miejsca sflejmić, bo sądzę, że każdemu tytułowi trzeba dać szansę aby się obronił. W moim odczuciu LOGH się nie obronił i uzasadniłam to gdzieś tam wcześniej, w którymś z akapitów.
Seria została „zaliczona” jakoby po to abym mogła sprawdzić ile jestem jeszcze wstanie znieść dziwacznych plotów oraz aby namacalnie się przekonać czy faktycznie zasługuje na przydomek EPIC.
Czy zasługuje ? To już pozostawiam ocenie osób, które przeczytały wszystkie posty w tym temacie lub same miały okazję zaznajomić się z serią.
Mi przy seansie krwawiły oczy, wypiłam hektolitry kawy by nie zasnąć i z zapałem śledzić poczynania bohaterów. Czy było warto ...heh, w sumie tak, bo wiem czego zdecydowanie unikać na przyszłość.
Czy coś wyniosłam z seansu ? Niespecjalnie. Czy ta seria zasługuje na tytuł najlepszego sci-fi i space opery jeśli chodzi o anime ? Z przykrością muszę chyba stwierdzić , że tak, ale nie zrozumcie mnie źle. Ten tytuł nie jest przyznany ze względu na swoje walory wizualne, fabularne czy inne. Po prostu w swojej kategorii nie ma porównywalnie długiej serii, nie ma żadnego tytułu, który w podobny sposób realizowałby wątek kosmosu i stąd trudno LOGHA porządnie sklasyfikować czy ocenić , bo tak naprawdę nie można wziąć niczego na wzór aby sobie go przyrównać.
Więc na swój sposób jest to seria unikalna, co nie oznacza, że epicka czy z kategorii „must see”. Czy sama ją polecam ? Phi, głupie pytanie....
Oczywiście, że...

POLECAM ;)
Zacznę chyba od tego, że chyba was pogrzało;/ Czemu w tym temacie są same posty po 7 * 10^15 wyrazów?;/ Mój raczej aż taki nie będzie, ale cóż, zobaczymy ile się uzbiera;)
(na wszelki w spojler tagach)

Spoiler:

Do obejrzenia tej serii(tak jak do napisania tego posta przed dwudziestą czwartą, ekhu :P ) zmusił mnie mocnowidno. Ponieważ nie miałem wtedy co oglądać, ściągnąłem pierwsze 25 or so epów na dysk i zabrałem się do oglądania. Pierwsze spojrzenie wystarczyło, żeby stwierdzić, że mam przed sobą zabytek z zeszłej epoki, ale jakoś sfera wizualna mnie nie odrzuciła, a wręcz przeciwnie - animacja i kreska w większości momentów sprawiała całkiem przyjemne wrażenie. Co mnie natomiast przeraziło w pierwszej chwili to fakt, że seria traktuje o zmaganiach wojennych między "Aliance" i "Empire" w kosmicznym settingu - rodem z gwiezdnych wojen. Wrażenie nieco się zatarło w przeciągu pierwszych kilkunastu epów, kiedy jasnym stał się fakt, że demokracja nie jest przedstawiona jako strona "dobra", a monarchia jako "zła", lecz raczej pokazuje konflikt ideologiczny bez prostego rozwiązania. Okazało się jednak, że to nie był koniec moich obaw, albowiem w 16 epie pojawił się(fanfary!) Palpatine:P. To był dla mnie przełomowy moment serii! Dalej już było tylko lepiej;).

Nie będę się powtarzał z opisem settingu, spróbuję za to dodać dwie rzeczy, których nie widziałem wspomnianych:

- jako jeden z niewielu settingów kosmicznych, setting LoGHa zachował porządek klas statków z prawdziwej marynarki - cruiser<destroyer<battleship (chociaż w dzisiejszych czasach to już nie zawsze jest prawdą)
- LoGH jest osadzony w jedynym settingu jaki znam, w którym statki mogą zostać zniszczone od pojedynczego strzału z myśliwca (gwiazda śmierci excluded, ale to był plot^^)

A teraz czas powiedzieć, co mi się w serii nie podobało. Nie podobało mi się, że tak ciekawy konflikt ideologiczny został tak spłycony. Demokratyczny punkt widzenia został przedstawiony przez Yanga Wenli - idealistę, którego punkt widzenia ograniczał się jedynie do "wartości demokratycznych" i "problemu nieuczciwej, bądź nieudolnej władzy", natomiast pominięta została kwestia skąd się te wartości wzięły i jaka jest ich waga w kontekście porównań z innymi systemami wartości. W sumie w ogóle nie za bardzo były ukazane przemyślenia postaci, raczej było rzucone "istnieje problem" i zostawał pokazany fakt, że postaci nad nim myślą. Kolejny zarzut dotyczy faktu, że akcja dzieje się w kosmosie. Moim zdaniem seria zyskałaby, gdyby zamiast dorzucać kiepsko wykonany element science fiction, osadzono akcję w świecie o charakterze historycznym. O tym, że element podróży międzygwiezdnych został wprowadzony niejako na siłę i dla uwiarygodnienia faktu, że akcja rozgrywa się w przyszłości, świadczy moim zdaniem kompletne pominięcie jakiegokolwiek tła pseudonaukowego, choć trzeba zaznaczyć, że jednocześnie jego brak jest mocną stroną serii - pokazuje, iż nie to jest istotne w przekazie. Skoro jednak nie to jest istotne, to po co wprowadzano element SF? W moim odczuciu ta strona gryzie się ze stylistyką historyczną. Kolejnym aspektem, który chciałem poruszyć była kwestia dziwnego sposobu prowadzenia fabuły pod kątem stosunków męsko-damskich. Rozumiem, że podobieństwo protagonistów było istotne dla fabuły, jednak czy faktycznie oboje musieli mieć swoje wybranki na dokładnie takich samych pozycjach? Czy naprawdę oboje musieli być upośledzeni w kwesti prowadzenia relacji z kobietami? Czy oboje musieli mieć blisko siebie nieposkromionych zdobywców kobiet(Shenkop i Reuental)? Symetria tej płaszczyzny fabularnej niestety prowadziła do przewidywalności. Podobnie w sprawie Juliana - nie pozostawiono oglądającym żadnych wątpliwości co do jego roli w Aliance. Jedyne pytanie jakie pozostawało, to czy obejmie tą rolę jeszcze w trakcie serii, czy już po. Nie podobała mi się również rola Earth Cult'u, który od pierwszych epów kreowany był na mroczną organizację pociągającą z ukrzcia za sznurki przy wszystkich większych wydarzeniach, natomiast okazał się być totalnie rozczarowujący(chociaż tu akurat można dać też plus za realizm). Symetria między Yangiem i Reinhardem również nie pozostawiała wątpliwości co do tego jak co stanie się z Reinhardem pod koniec serii. Jednak to co najbardziej mi przeszkadzało w fabule da się zamknąć w jednym zdaniu - agonia trwała zbyt długo. Od mniej więcej 50 epa, kwestia wojny, która zdawała się być osią LoGHa, nie dzieje się nic, a to wprowadziło mnie w nastrój oczekiwania na zakończenie. Problem w tym, że na zakończenie trzeba mi było czekać praktycznie drugie tyle, a w tym oczekiwaniu miałem wrażenie jakiegoś zawieszenia w próżni - braku istotnych wydarzeń. No i chyba pozostało mi tylko wspomnieć o wzajemnych relacjach Reinhard-Kircheis-Annerose, które uporczywie doprowadzały mnie do mdłości, a w skrajnych wypadkach pewnych odruchów...

No więc, skoro już skończyłem wkurzać wszystkich jadąc po LoGHu, chyba pora wystawić moją ocenę - 10/10. Tak, wiem. Postawiłem dużo zarzutów, ale prawda jest taka, że plusy przeważyły praktycznie wszystko. Nie spotkałem anime, które byłoby porównywalne z LoGHiem do tej pory. No, może rozważe zmianę z 10 do 9.5 ,bo w końcu idealne nie jest;)



(disclaimer - anime zyskało na tym, że najgorsze momenty [tzn. nudne, mdłe, itp.] bezczelnie przewijałem:P jakby mnie zmusili do oglądania całości pewnie ocena by spadła do 3/10 :P )

A ups, zupeeeeeełnym przypadkiem nie zdążyłem przed 24... Sorry mw:P
Ostatnio zmieniony przez Flayed One 13-01-10, 22:33, w całości zmieniany 1 raz
Spoilery tu i ówdzie. Raczej ciężkiego kalibru.

Flayed One napisał/-a:

Zacznę chyba od tego, że chyba was pogrzało;/ Czemu w tym temacie są same posty po 7 * 10^15 wyrazów?;/ Mój raczej aż taki nie będzie, ale cóż, zobaczymy ile się uzbiera;)



Jaki kaliber serii i jej długość, takie posty. Nie podołałeś presji tematu :<

Flayed One napisał/-a:

Do obejrzenia tej serii(tak jak do napisania tego posta przed dwudziestą czwartą, ekhu :P ) zmusił mnie mocnowidno.



Przecież ja nigdy nikogo nie zmuszałem.

Cytat:

- LoGH jest osadzony w jedynym settingu jaki znam, w którym statki mogą zostać zniszczone od pojedynczego strzału z myśliwca (gwiazda śmierci excluded, ale to był plot^^)



Wyjątkowo nieistotny detal, który w niczym nie umniejsza majestatowi tej serii :P

XD

Cytat:

A teraz czas powiedzieć, co mi się w serii nie podobało. Nie podobało mi się, że tak ciekawy konflikt ideologiczny został tak spłycony. Demokratyczny punkt widzenia został przedstawiony przez Yanga Wenli - idealistę, którego punkt widzenia ograniczał się jedynie do "wartości demokratycznych" i "problemu nieuczciwej, bądź nieudolnej władzy", natomiast pominięta została kwestia skąd się te wartości wzięły i jaka jest ich waga w kontekście porównań z innymi systemami wartości.



Nie do końca podzielam ten punkt widzenia.
Mam świadomość, że Legend of the Galactic Heroes to koniec końców jedynie udana ekranizacja dobrej książki, jednakże w moich oczach wspomniany przez Ciebie konflikt został zrealizowany w satysfakcjonującym stopniu, który i tak bardzo znacząco wykracza poza ramy medium anime. Najlepsze w jego ukazaniu jest oczywiście to, że można się utożsamiać i z wartościami, których uosobieniem był Yang, oraz te, które reprezentował w swoich czynach Lohengramm. Dla mnie istotą serii jest przedstawienie interesujących i przekonujących indywidualności, które po prostu szukają szczęścia w sytuacji, w której się znalazły. Słowem - "drama" tocząca się między postaciami. Wątek polityczno-wojenny, choć bardzo dobry ma dla mnie mniejsze znaczenie, podobnie jak przedstawienie konfliktu demokracji i rządów jednostki. Istotą jest dla mnie samo przywiązanie postaci do tych wartości, które determinuje ich działania, nie samo skonfrontowanie tych dwóch systemów. Tutaj akurat nie zadziałała wyeksponowana przez Ciebie symetria pary głównych bohaterów. Yang był raczej statyczny pod tym względem, z kolei Reinhard bardziej dopasowywał swoje działania do aktualnej sytuacji... hm, życiowej?

To znaczy - tak. Uważam, że podboje Reinharda nie były realizacją jakieś dalekosiężnej wizji. Seria raczej stara się pokazać, że historię tworzą jednostki, które znalazły się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Reinhard faktycznie chciał zemścić się na szlachcie i odzyskać szlachtę, potem "zdobyć galaktykę", ale to drugie było już raczej efektem połączenia jego wiecznie niezaspokojonej ambicji i głodu walki z wiadomą tragedią. Aczkolwiek jeden dialog rzuca trochę inne światło na tą kwestię:

Spoiler:


[i]- Miałem sen, Siostro.
- Nie wykorzystałeś jeszcze swojej doli snów, Reinhardzie?
- Nie... Miałem ich już wystarczająco dużo. Śniłem o rzeczach, których nikt wcześniej nie widział. Było ich aż za dużo...



Nie możemy nic poradzić, jak tylko zastanawiać się, co takiego widział przed sobą Reinhard...

Z jednej strony niechętny do działania z własnej inicjatywy Yang, z drugiej walczący o swoje marzenia Reinhard - i wiele wyrazistych i ludzkich postaci wspierających tę dwójkę z różnych powodów. To w kwestii konfliktu ideologicznego mi wystarcza.

Cytat:

W sumie w ogóle nie za bardzo były ukazane przemyślenia postaci, raczej było rzucone "istnieje problem" i zostawał pokazany fakt, że postaci nad nim myślą.



Swego rodzaju oszczędność narracji jest imo w tym przypadku zaletą. Spójrz na to tak: postaci z LoGHa poznaliśmy bardzo dobrze jako bohaterów z krwi i kości, nie tekturowe karykatury. Nie potrzebowaliśmy do tego żadnych smutnych retrospekcjiTM : )

Cytat:

Kolejny zarzut dotyczy faktu, że akcja dzieje się w kosmosie. Moim zdaniem seria zyskałaby, gdyby zamiast dorzucać kiepsko wykonany element science fiction, osadzono akcję w świecie o charakterze historycznym. O tym, że element podróży międzygwiezdnych został wprowadzony niejako na siłę i dla uwiarygodnienia faktu, że akcja rozgrywa się w przyszłości, świadczy moim zdaniem kompletne pominięcie jakiegokolwiek tła pseudonaukowego, choć trzeba zaznaczyć, że jednocześnie jego brak jest mocną stroną serii - pokazuje, iż nie to jest istotne w przekazie. Skoro jednak nie to jest istotne, to po co wprowadzano element SF? W moim odczuciu ta strona gryzie się ze stylistyką historyczną.



Kolejny zarzut, z którym nie do końca się zgadzam. Oczywiście przyznaję rację stwierdzeniu, według którego wątek science-fiction w LoGHu nie jest niczym specjalnym, aczkolwiek osadzenie akcji w dalekiej przyszłości miało dwa konkretne cele:
- zwiększenie skali wydarzeń i zarazem brak konieczności pisania "swojej" historii, jakiegoś alternatywnego świata
- zaakcentowanie przewijającej się przez serię sentencji, że ludzie niezależnie od miejsca i czasu wciąż robią to samo

Mi akurat setting klasycznej space opery z lat 80-tych nie gryzł się z tym co najważniejsze, czyli epicką fabułą i losami bohaterów. Nie jestem amatorem takich klimatów, ale imo umiejscowienie akcji jest jedną z rzeczy, które składają się na charakterystyczny klimat serii.

Cytat:

Kolejnym aspektem, który chciałem poruszyć była kwestia dziwnego sposobu prowadzenia fabuły pod kątem stosunków męsko-damskich. Rozumiem, że podobieństwo protagonistów było istotne dla fabuły, jednak czy faktycznie oboje musieli mieć swoje wybranki na dokładnie takich samych pozycjach? Czy naprawdę oboje musieli być upośledzeni w kwesti prowadzenia relacji z kobietami? Czy oboje musieli mieć blisko siebie nieposkromionych zdobywców kobiet(Shenkop i Reuental)? Symetria tej płaszczyzny fabularnej niestety prowadziła do przewidywalności.



Owszem, w tym przypadku "symetrii" zaprzeczyć nie można, jednakże w obu przypadkach ma to raczej inny wymiar. Jeśli idzie o Yanga, to był to po prostu jeden z atrybutów, który sprawia, że postać tak szybko staje się "starym i dobrym przyjacielem" dla widza, z którym może się utożsamiać XD Jego fajtałpowatość widoczna i na tej płaszczyźnie według mnie jest jedną z cech, bez których Yang nie byłby tą epicką postacią, którą jest XD Co do Reinharda, to jego całkowita aseksualizm mógł wynikać z baśniowego outline'u tej postaci; ludzkie sprawy cielesne były tak jakby dla niego nieistotne - był ponad nimi. Można się też tutaj dopatrywać drugiego dna (tzn w opieszałości Reinharda względem Hildy) - chodzi oczywiście o zostawienie po sobie potomka, czego sam wyraźnie chciał uniknąć z powodu osobistych poglądów na temat dziedziczenia władzy ze względu na więzy krwi. No i nie ukrywajmy - najważniejszą osobą dla Reinharda aż do samego końca pozostał Kircheis. Stosunek do Hildy według mnie najlepiej oddają słowa samego Reinharda, który cenił ją za jej umiejętności i zaangażowanie. W moim mniemaniu nie była to taka klasyczna "miłość". Raczej zauważenie faktu roli, jaką Hilda odgrywa w jego życiu. No i nie ukrywajmy, że Reinhard zbliżył się do Hildy (lol, w dosłownym i przenośnym znaczeniu tego słowa jednocześnie :P) pod wpływem impulsu... No i ogólnego uczucia smutku i samotności, które towarzyszyły mu od wydarzeń z końcówki pierwszego sezonu.

Cytat:

Podobnie w sprawie Juliana - nie pozostawiono oglądającym żadnych wątpliwości co do jego roli w Aliance. Jedyne pytanie jakie pozostawało, to czy obejmie tą rolę jeszcze w trakcie serii, czy już po.



Postać Juliana była raczej zwyczajna i nie błyszczała - nie oszukujmy się, shota zafascynowana militariami miała marne szanse wylansowania się na tle takich dzielnych mężów jak Reinhard, Reuenthal i takich swojskich postaci jak Yang, czy Schenkopp. Nie ukrywam, że miałem obawy co do tego, jak będzie wyglądał rozwój tej postaci w czwartym sezonie, jednakże autor podołał zadaniu i de facto wątek drogi, którą przebył Julian jest jedną z większych zalet jeśli idzie o postacie. Z młodego i bezgranicznie oddanego swojemu opiekunowi raptusa ostatecznie wyrósł dzielny i mądry facet. Wybaczyć mu można nawet dziwaczną relację z Mashengo XD

Cytat:

Nie podobała mi się również rola Earth Cult'u, który od pierwszych epów kreowany był na mroczną organizację pociągającą z ukrzcia za sznurki przy wszystkich większych wydarzeniach, natomiast okazał się być totalnie rozczarowujący(chociaż tu akurat można dać też plus za realizm).



Od początku mieli budzić odrazę u widza, co tylko spotęgował ich największy występek. Imo autorowi udało się sprawnie oddać fanatyzm religijny i terroryzm.

Cytat:

Jednak to co najbardziej mi przeszkadzało w fabule da się zamknąć w jednym zdaniu - agonia trwała zbyt długo. Od mniej więcej 50 epa, kwestia wojny, która zdawała się być osią LoGHa, nie dzieje się nic, a to wprowadziło mnie w nastrój oczekiwania na zakończenie. Problem w tym, że na zakończenie trzeba mi było czekać praktycznie drugie tyle, a w tym oczekiwaniu miałem wrażenie jakiegoś zawieszenia w próżni - braku istotnych wydarzeń.



Że co? Nie da się zaprzeczyć, że trzeci sezon był utrzymany raczej w spokojnym tempie (pomijając wydarzenia od 70+ epa oczywiście), jednakże nie powiedziałbym, że "nic" się nie działo. Zresztą jak pisałem, wątek wojny był tu raczej tłem, istotą serii są dla mnie postacie. O ile sam wymiar konfliktu i jego skala trochę się zmniejszyły, o tyle dostaliśmy epickie motywy jeśli idzie o dramę i bohaterów :P
Ostatnio zmieniony przez mocnowidno 13-01-10, 22:13, w całości zmieniany 1 raz

Flayed One napisał/-a:

Do obejrzenia tej serii(tak jak do napisania tego posta przed dwudziestą czwartą, ekhu :P ) zmusił mnie mocnowidno.

Ja co prawda serię sprawdziłam z własnej woli, [jedynie za jego sugestią], ale do napisania posta też zostałam zmuszona.

mocnowidno napisał/-a:

Przecież ja nigdy nikogo nie zmuszałem.

Taa. Ale tylko teoretycznie :P

A wracając do tematu, może dobrze będzie jeśli zaznaczę, że serię obejrzałam już kilka tygodni temu; a co za tym idzie - poniższy post będzie zawierał raczej ogólną opinię na temat serii, niż jakieś emocjonalne przemyślenia.
Nie będę się również rozwodzić na temat fabuły, postaci, czy innych elementów, ponieważ bardzo dobrze zrobili to moi przedmówcy, szczególnie Spike, którego recenzję mogę polecić wszystkim, którzy chcą przeczytać obiektywną opinię o LOGHu i nie natknąć się przy tym na spoilery.

Według mnie seria była bardzo dobra, chociaż nie wszystkie jej etapy i składowe podobały mi się w takim samym stopniu. Trzeci sezon był zdecydowanie najsłabszy [szczerze mnie znudził], podczas gdy pierwszy, początek drugiego oraz wybrane odcinki ostatniego uważam za zdecydownie najlepsze.

Jeżeli chodzi o postacie, to nie było tutaj chyba żadnej, którą bym jakoś specjalnie polubiła, może poza Reinhardem z pierwszej połowy serii - był imo zajebisty, podobało mi się jego zachowanie, seiyu i ogólny klimat [Reinhard z tego etapu to zdecydowanie mój fav jeżeli chodzi o postaci z LOGHa i zarazem jedyna postać, z którą byłam w stanie się utożsamić].
Polubiłam oczywiście również wiele innych postaci [np. Yanga, Reuenthala, czy Fahrenheita z tych bardziej randomowych], ale większość z nich lubiłam nie tyle za charaktery, ile raczej za motywy fabularne i strategiczne, w których miały udział.

Moje ulubione momenty serii, to:

Spoiler:

1. Śmierć Kircheisa [zwłaszcza w kontekście wydarzeń, które bezpośrednio ją poprzedzały]

2. Wszystkie sceny z melancholijnym Reinhardem ;D w tym szczególnie:

+ rozmowa z Anne Rose o śmierci Kircheisa 'zdobędę wszechświat' [powiedziane w zajebisty sposób]
+ komentarz do Obersteina po teoretycznie wygranej bitwie vs Yang 'a więc zwycięstwo które osiągnąłem zostało mi dane przez los, a nie zdobyłem go sam, jedynie je zagarnąłem, tak jak żebrak' + muza i spojrzenie Obersteina xD - pr0
+ monolog do Yanga przed spotkaniem, do którego nie doszło [z powodu jego śmierci]
+ Reinhard wchodzący do lokacji z maszynerią i na tle galaktyki wyciągający dłoń z medalionem, pewnie przysięgając że zdobędzie wszechświat xD
+ zapewne jeszcze jakaś, o której zapomniałam

3. Spotkanie Reinharda z Yangiem [choć ono mnie trochę zawiodło, jedynie początek uważam za zajebisty].

4. Śmierć Reuenthala - genialna [szczególnie uwzględniając wizytę biszki i czekanie na Mittermayera] +

5. Wizyta Mittermayera po tej śmierci

6. Koronacja Reinharda


7. Walki ogólnie - jedne były lepsze, drugie gorsze, najbardziej lubiłam wszystkie Reinhard vs Yang



Poza tym, bardzo podobało mi się umiejscowienie akcji w świecie science fiction, statki kosmiczne i inne aspekty z tym powiązane.
Jeżeli chodzi o muzykę, to szczerze mówiąc, poza nielicznymi wyjątkami, nie zwróciłam na nią uwagi; więc po prostu napiszę, że pasowała do charakteru serii.
Kreska była, jaka była - realistyczna i przede wszystkim oldschoolowa, bynajmniej nie w moim stylu, ale również pasująca do tego, co i jak przedstawiała.
Openingów i endingów nie komentuję, ponieważ były przeciętne [jedne lepsze, drugie gorsze], poza tym i tak prawie nigdy ich nie oglądam.
Jeżeli chodzi o fabułę i sposób jej przedstawiania, to zgodzę się z mocnowidno i Spikiem, że była naprawdę świetna [chociaż niektóre elementy i rozwiązania mnie trochę zawiodły.

Spoiler:

1. Liczyłam na to, że Reinhard połączy siły z Yangiem i będą współpracować jak

SPOILER z TTGL
Spoiler:

Simon i Viral w drugiej połowie Gurren Lagann.


2. Śmierć Yanga - rozumiem, że miało być realistycznie, ale jednak liczyłam na coś bardziej efektownego.

3. Reinhard w drugiej części serii - wersja w mundurach z długimi włosami - nie wiem jak mogli go tak zeszpecić XD wyglądał strasznie [zwłaszcza w porównaniu z tym, jak wyglądał wcześniej].


Milicja napisał/-a:

No i uważam, ze dość chamsko postępował ze swoją siostrą, która przecież poświęciła w jakiś sposób za niego swoje życie, a ten zamiast być jej wdzięczny sprawiał wrażenie wiecznie obrażonego księciunia.

Wydaje mi się, że to wrażenie wiecznie obrażonego księciunia, które według Ciebie sprawiał, wynikało z jego charakteru/osobowości, nie z postawy wobec Anne Rose. W moim odczuciu jego postawa wobec niej była cały czas bardzo ok, pełna respektu i szacunku. Jeżeli w rozmowach z nią był obrażony, to imo raczej na siebie [co wynikało z poczucia winy, że nie może nic dla niej zrobić i świadomości tragizmu sytuacji, w której została ona umieszczona].

Milicja napisał/-a:

Jessica Edwards; w sumie chyba jedyna kobieta z jajami w tej serii i budząca coś więcej niż uczucie politowania i facepalma nad kobiecą głupotą. Zdecydowana, harda, bardzo zmotywana, istna perełka w tym całym wojskowym motłochu. To co jednak mnie boli, to to, co z nią zrobiono wraz z biegiem fabuły Niespecjalnie do mnie przemawiało jej oddanie dla Lohengramma, i zaczęto z niej robić marne zastępstwo za Kircheisa. Szkoda.

Jedyna baba z serii [poza tą rudą od Juliana], której wybitnie nie trawiłam :P cieszyłam się, że padła tak szybko.

Milicja napisał/-a:

A i właśnie jeszcze odnośnie śmierci; to nie jest błąd, a raczej pewnego rodzaju spostrzeżenie. Trochę zdziwiło mnie, że mimo tak zaawansowanych manewrów, tak mało głównych i mocno istotnych bohaterów ginie (na dobrą sprawę mogłabym wymienić tylko dwie persony). Jak mówię, to nie jest problem, ale po prostu byłam zaskoczona i spodziewałam się, że akurat w tej grupie bohaterów ujrzymy więcej trupków (to już chyba Gundam 00 był w tej kwestii mocniej rozbudowany xD)

Według mnie, do czasu ostatnich epów i tak zginęło całkiem sporo postaci.

Milicja napisał/-a:

Bohaterowie mimo swojej mnogości (co w sumie idzie na jakiś tam mały plusik) niespecjalnie zapisali mi się w pamięci, pozostają randomami po wszeczasy .

W sumie jest to całkiem LOGHiczne, ponieważ taki stan rzeczy zawierał się w przesłaniu serii, tj. że każdy jest randomem [kto nie wpływa na przebieg pisanej/zapamiętywanej historii ludzkości] i zarazem nikt nim nie jest [ponieważ każde, nawet abstrakcyjnie proste i nieplanowane działanie może mieć kolosalny/kluczowy wpływ na obrót wydarzeń, pociągając za sobą kolejne wydarzenia, które razem tworzą historię].

Milicja napisał/-a:

Zaczęłam też pod koniec zastanawiać się o czym tak naprawdę jest ta seria. Czy chodziło tylko o międzygalaktycznie konflikty ? Tylko i wyłącznie o walkę o istnienie, zdobycie władzy, jakieś wyższe wartości, różne dla każdego z bohaterów ? W sumie jest to pewnego rodzaju historia ludzi, którzy po prostu walczą o własne szczęście i marzenia, a wojsko, armia i opowiedzenie się po którejś ze stron, po prostu pozwala im te założenia realizować. Po prostu. Głębsze przesłanie ? Może i takowe było, ale ja musiałam przegapić, przepraszam, nie chciałam :<

Głębsze przesłanie jest zawarte poza słowami xD

Milicja napisał/-a:

Komu polecić tą serię. Heh, jeśli nie jesteś masochistą, nie kochasz space oper, męczą Cię długie serie, w który tempo akcji pozostawia wiele do życzenia, to z całym sercem odradzam. LOGH to jedna z tych produkcji, gdzie tylko zatwardziali fani konwencji , poczują się jak w domu. Tylko oni będą czuli klimat postaci, walk, kolejnych taktycznych zagrywek, tylko oni się nie załamią nad poziomem dialogów, charadesingiem, muzyką i całą resztą, która nawet dla mnie, osoby wychowanej na Daimosach i raczej starszych produkcjach anime, wydawała się obiektywnie (, a może i subiektywnie, kto wie) straszna. Sądzę też , że świetnie będą się bawili przy tej serii Ci, którzy lubią patetyczne bajeczki o herosach, sami chcieliby kiedyś stanąć na czele kosmicznego imperium, ale niespecjalnie wiedzą jak się za to zabrać

Lol, to napewno ja XD

Flayed One napisał/-a:

Nie podobała mi się również rola Earth Cult'u, który od pierwszych epów kreowany był na mroczną organizację pociągającą z ukrzcia za sznurki przy wszystkich większych wydarzeniach, natomiast okazał się być totalnie rozczarowujący(chociaż tu akurat można dać też plus za realizm).

Podzielam tę opinię, przynajmniej po części. Dodam też od siebie, że trochę zawiodła mnie postać Rubińskiego, liczyłam na walkę albo przynajmniej jakieś kontrowersyjne wydarzenie z jego udziałem, a skończyło się na niczym [w sensie, że Rubińsky na dobrą sprawę był cały czas poza akcją (mimo, że i w niej zarazem)].
Sithy też nie okazały się jakieś atakcyjne, po prostu banda randomów, które chyba nawet nie do końca ogarniały w co same wierzą. Poza tym, że

Spoiler:

zdjęły Yanga,

co liczę im tylko na minus, nie wysławiły się niczym specjalnym. Chociaż podobał mi się motyw z rzekomym rzuceniem klątwy na Reinharda, zwłaszcza w kontekście tego, jak potoczyły się późniejsze wydarzenia.

mocnowidno napisał/-a:

Owszem, w tym przypadku "symetrii" zaprzeczyć nie można, jednakże w obu przypadkach ma to raczej inny wymiar. Jeśli idzie o Yanga, to był to po prostu jeden z atrybutów, który sprawia, że postać tak szybko staje się "starym i dobrym przyjacielem" dla widza, z którym może się utożsamiać XD Jego fajtałpowatość widoczna i na tej płaszczyźnie według mnie jest jedną z cech, bez których Yang nie byłby tą epicką postacią, którą jest XD Co do Reinharda, to jego całkowita aseksualizm mógł wynikać z baśniowego outline'u tej postaci; ludzkie sprawy cielesne były tak jakby dla niego nieistotne - był ponad nimi. Można się też tutaj dopatrywać drugiego dna (tzn w opieszałości Reinharda względem Hildy) - chodzi oczywiście o zostawienie po sobie potomka, czego sam wyraźnie chciał uniknąć z powodu osobistych poglądów na temat dziedziczenia władzy ze względu na więzy krwi. No i nie ukrywajmy - najważniejszą osobą dla Reinharda aż do samego końca pozostał Kircheis. Stosunek do Hildy według mnie najlepiej oddają słowa samego Reinharda, który cenił ją za jej umiejętności i zaangażowanie. W moim mniemaniu nie była to taka klasyczna "miłość". Raczej zauważenie faktu roli, jaką Hilda odgrywa w jego życiu.

Dobrze ujęte.

Podsumowując: według mnie seria była naprawdę niezła [kiedyś pewnie obejrzę ją drugi raz], jeżeli komuś nie przeszkadzają wybrane aspekty wymienione w dwóch pierwszych postach, powinna mu przypaść do gustu. Wiem, że mw liczy na propagandę, więc ok:

Szczerze polecam kliknąć w link z posta otwierającego i ściagnąć przynajmniej kilka pierwszych epów. I w razie czego, wyrażać swój żal.pl albo zachwyt w tym temacie :P


LOGHarytmy
Ostatnio zmieniony przez Suna 18-01-10, 05:18, w całości zmieniany 1 raz

Suna napisał/-a:

ale do napisania posta też zostałam zmuszona.



jak możesz XD przecież to kłamstwo!

Suna napisał/-a:

Trzeci sezon był zdecydowanie najsłabszy [szczerze mnie znudził]



Mogę się zgodzić co do tego, że przez pierwsze jego -naście odcinków akcja nie powalała tempem i w sumie nic wielkiego się nie działo, ale w końcowym rozrachunku oceniam go na bardzo dobry. Zwróć uwagę na climax trzeciego sezonu, czyli epy 70+ i serię wydarzeń, które zwieńczył szokujący finał. Oba te wydarzenia należą do jednych z najmocniejszych scen, jakie dane mi było zobaczyć w anime. Zwłaszcza końcówka odcinka 82 jest w moich oczach wyjątkowo dewastująca.

Spoiler:

Realizm śmierci Yanga przytłacza...



Suna napisał/-a:

podczas gdy pierwszy, początek drugiego oraz wybrane odcinki ostatniego uważam za zdecydownie najlepsze.



Ja tam jednak przyznaję rację stwierdzeniu,. że początek LoGHa jest raczej niepozorny i niezbyt porywający (chociaż mi osobiście nawet się podobał). Seria wg mnie tak naprawdę zaczyna się od drugiego sezonu, kiedy widz ma już za sobą porywającą końcówkę pierwszego :P Najwyżej cenię sobie chyba jednak ostatni, czwarty sezon. Tu wypada też zauważyć, że różnił się trochę nastrojem od poprzednich trzech.

Suna napisał/-a:

Jeżeli chodzi o postacie, to nie było tutaj chyba żadnej, którą bym jakoś specjalnie polubiła, może poza Reinhardem z pierwszej połowy serii - był imo zajebisty, podobało mi się jego zachowanie, seiyu i ogólny klimat [Reinhard z tego etapu to zdecydowanie mój fav jeżeli chodzi o postaci z LOGHa i zarazem jedyna postać, z którą byłam w stanie się utożsamić].



Miałem podobnie. To znaczy Reinhard zaskarbił sobie moją sympatię właśnie tymi cechami. Ale koniec końców uznałem, że prawdziwa wielkość postaci Reinharda von Lohengramma leży w wyrzutach sumienia, które towarzyszyły mu po incydencie na Westerland. We wrażliwej, romantycznej i naiwnej naturze. W samotności i żalu, towarzyszących mu za każdym krokiem po śmierci Kircheisa, które ostatecznie popchnęły go w ramiona Hildy. I wreszcie w dumie i honorze; nieustępliwym duchu, który uniemożliwiał mu przyzwolenie nawet swoim wrogom na kierowanie się fałszywymi wartościami.
Spoiler:

Na uznanie z pewnością zasługuje jego zachowanie, kiedy już wiedział, że jego życie wkrótce dobiegnie końca.



Suna napisał/-a:

Polubiłam oczywiście również wiele innych postaci [np. Yanga, Reuenthala, czy Fahrenheita z tych bardziej randomowych], ale większość z nich lubiłam nie tyle za charaktery, ile raczej za motywy fabularne i strategiczne, w których miały udział.



Ja zdążyłem w mniejszym lub większym stopniu polubić każdego, kto nie był Forkiem i Braunschweigiem i miał swoje pięć minut. No dobra, odliczmy jeszcze Trunihta i chorego krewniaka Hildy. Mój osobisty ranking faworytów wygląda mniej więcej tak: Reinhard, Yang, Reuenthal, Oberstein, Schenkopp, Mittermeyer, Bucock i Merkatz. Chyba nie muszę pisać o tym, że każda z tych postaci jest inna i na swój sposób wyjątkowa (nawet "zwyczajny" Mittermeyer miał kilka epickich momentów).

Suna napisał/-a:

Moje ulubione momenty serii, to



Dobry pomysł, też mógłbym tu wrzucić motywy, które najbardziej mnie urzekły :P Toteż w tym miejscu pozwolę sobie na sentymentalną podróż po serii, wspominając najlepsze momenty. Kolejność chronologiczna.

Spoiler:


- śmierć Kircheisa - prawdopodobnie najbardziej brzemienne w skutki wydarzenie w całej serii. O tym, jak inaczej mogły potoczyć się losy Reinharda, jak i samej galaktyki dają znać liczne wspomnienia o Kircheisie ze strony chociażby admirałów Imperium. To właśnie śmierć Siegfrieda, sprawiła iż Reinhard zatracił się w szukaniu wroga, z którym walka mogłaby ugasić pragnienie w jego sercu. Przyznaję, że nie spodziewałem się, iż wydarzenia przybiorą tak tragiczny obieg. Tak czy owak, zgon Kircheisa to kluczowa chwila, która zamyka „wstęp”, rozpoczyna „właściwą” część historii i staje się kluczem w dalszych poczynaniach Reinharda i jego rozwoju, oraz ewentualnej ocenie jego postaci przez widza.
- bitwa Iserlohn-Geiersburg - epic. Nie ma co się starać na rozpisywanie, to wystarcza.
- bitwa o Vermillion. j.w
- bitwa o Marr-Adettę, Zdrowie demokracji! + jednym czynem, i tak niezła postać, jaką był Bucock, stał się jednym z największych herosów serii...
- śmierć Yanga. Więcej gdzieś niżej
- Oh hail! Liberty bell! True freedom for all men. - mieszkańcy Iserlohn, śpiewający hymn Przymierza, świętując powołanie do życia Rządu Republiki Iserlohn, zamykają bezpowrotnie pewien okres w serii. Śmierć Wen-liego zmieniła zarówno ton Legend of the Galactic Heroes, jak i dalszy kierunek, w którym poszła dalej akcja.
- rebelia i śmierć Reuenthala. Mein Kaiser… Mittermeyer… Sieg sterben. - najbardziej GAR scena, najbardziej GAR śmierć, najbardziej GAR postaci. "Ja nie tylko umieram, cieszę się procesem umierania". Jeden z mocniejszych momentów w całej serii...
- jeszcze jedna, ostatnia bitwa. ]Brundhild łaknie krwi - dużo świetnych postaci straciło życie, sam zapał Reinharda nawet na łożu śmierci. Mocna końcówka :P
- śmierć Reinharda. Miecz nie ma innego powodu by istnieć, prócz bycia mieczem - Reinhard von Lohengramm, największy wojownik i przywódca swoich czasów, umiera z powodu nieuleczalnej choroby. Jak sugerowali jego zrozpaczeni podwładni – ludzkie ciało nie było w stanie utrzymać potężnego ducha Kaisera. Miecz nie ma powodu by istnieć, prócz bycia mieczem. Cesarz nie potrafił żyć bez wroga. Wykorzystał całość przysługującego mu życia, odchodząc w momencie, w którym jego blask przeszkadzałby na tworzenie dalszych kart historii. Od chwili, w której jego śmierć stała się kwestią czasu, widzimy iż sam rozumie ten fakt. Na łożu śmierci, Reinhard wyznaje swojej siostrze, że miał wystarczająco wiele snów – śnił o rzeczach, których nie widział nikt inny. Widz po prostu nie może nie zastanawiać się nad treścią tych znów. Co miał przed swoimi oczyma Reinhard, kiedy podbił już galaktykę, spełniając tym samym obietnicę złożoną umierającemu Kircheisowi? Chwila, w której umierający cesarz powtarza te same słowa, którymi onegdaj Annerose odmieniła los Siegfrieda jest jedną z najbardziej poruszających scen tej serii.
- epilog. Kończy się legenda, zaczyna się historia - epliog jest zdecydowanie najbardziej wzruszającym momentem w Legend of the Galactic Heroes i jedyną chwilą, która od początku do końca odwołuje się do emocji widza. Mimo obaw związanych z tym, jak po tych ponad stu odcinkach, skończy całość, nie wyobrażam sobie, by ktokolwiek kto obejrzał to anime do końca mógł się nie zgodzić z tym, że zakończenie po prostu nie mogło być lepsze. Na początku, z ust Juliana padło bardzo trafne spostrzeżenie, z którym nie sposób się nie zgodzić; polityka zawsze mści się na tych, którzy ją lekceważą. Traktat zawarty z Kaiserem, tuż przed jego śmiercią, to dla spadkobierców woli Yanga „tylko tyle”, ale by wreszcie zawarto pokój, w galaktyce przez ponad sto pięćdziesiąt lat toczyła się wojna. Z bagażem doświadczeń i pamięcią, o tych którzy odeszli, oraz optymizem, Julian z Karin u boku idzie naprzód – ci, którzy wciąż żyją, mogą zrobić tylko tyle. Eplilog po stronie „Przymierza”, to jedno, ale właściwa ostatnia scena to drugie. Nie mogę się nadziwić, że mimo braku większych dramatów, zamykająca tę potężnych rozmiarów produkcję sekwencja, tak mnie poruszyła… Obwieszczona przez osobę narratora, wiara Mittermeyera w to, że to duch zmarłego Kaisera sprawił, iż malutki Felix wypowiedział swe pierwsze słowa od urodzenia, pokazuje jak wielki wpływ miał Reinhard na swoje najbliższe otoczenie. Przy scenie z gwiazdami trudno powstrzymać łzy. Wyraz twarzy Wolfganga, wypowiadającego słowa „Felixie, i ty…?”, gdy jego adoptowany syn wyciąga swoją rączkę ku widocznym na niebie gwiazdom, niemal rozdziera serce. Obecny od pierwszego odcinka narrator wypowiada swoje, bezsprzecznie najbardziej poruszające słowa w całej serii, które podkreślają epickość tej sceny. W poetycki sposób stwierdza, że „to może być czynność, która powtarza się w każdym świecie, w każdej erze”, a „ludzie zawsze gonią za tym, co znajduje się poza ich zasięgiem”. Dodaje, że sięgający po gwiazdę Felix szczerze oddaje te, będące zakorzenione w ludzkiej naturze, próby – „Czy nie symbolizuje to te pragnienia jednoznacznie?”. Bez dwóch zdań, najbardziej epicka scena w anime/mangach, jaką dane mi było zobaczyć. W epilogu Legend of Galactic Heroes, trwającym niespełna dwie minuty, zawarto wszystko to, za co kocha się to anime – całą jego magię i urok. Felix wyciągający swoją malutką dłoń ku gwiazdom, odzwierciedlając w ten sposób ambicję zmarłego Reinharda, zamyka tę epicką opowieść w niezwykle wzruszający sposób, który dla wielu pewnie będzie najbardziej pamiętną sceną anime, którą dane im było zobaczyć. Tak przynajmniej było w moim przypadku. Legenda dobiegła końca w momencie, w którym druga i ostatnia, wielka, jarząca się na niebie gwiazda zgasła. Ci, którzy pozostali przy życiu, będąc musieli iść naprzód. Wciąż pamiętając o blasku poległych bohaterów.



Suna napisał/-a:

Poza tym, bardzo podobało mi się umiejscowienie akcji w świecie science fiction, statki kosmiczne i inne aspekty z tym powiązane.



Hm, też kupiłem setting, ale myślę iż obiektywnie wypada przyznać, że wątek science-fiction zrealizowano raczej przeciętnie i pełnił on tutaj marginalną rolę. Imo istotą serii są postacie, kręcąca się między nimi drama, no i fabuła :P Aczkolwiek umiejscowienie akcji w realiach klasycznej space opery, jak już chyba wyżej pisałem, dodawało tej produkcji charakterystycznego klimatu.

Suna napisał/-a:

Jeżeli chodzi o muzykę, to szczerze mówiąc, poza nielicznymi wyjątkami, nie zwróciłam na nią uwagi; więc po prostu napiszę, że pasowała do charakteru serii.



Muzyka faktycznie nie zapadała bardzo w pamięć (poza paroma momentami), ale fakt pozostaje faktem: ścieżka dźwiękowa jest równie epicka co sama seria - sami poważani kompozytorzy.

Suna napisał/-a:

Openingów i endingów nie komentuję, ponieważ były przeciętne [jedne lepsze, drugie gorsze], poza tym i tak prawie nigdy ich nie oglądam.



Absolutnie się nie zgadzam.
Moim faworytem pozostaje oczywiście pierwszy ending, czyli Hikari no Hashi wo Koete w wykonaniu Keia Ogury. Bije od niego taka moc. I w dodatku idealnie pasuje do klimatu serii. Drugie miejsce to czwarty opening. Zanim widz jeszcze nie zdąży się otrząsnąć po ostatnich odcinkach trzeciego sezonu, czwarty i ostatni wita go właśnie tym openingiem. Idealnie oddaje samotność i kruchość Reinharda, oraz zwiastuje fakt, że ostatnia część serii będzie trochę odbiegała nastrojem od tego, co było wcześniej. Owszem, to typowy engrish, ale utwór i tak uważam za bardzo ładny. Liryki można potraktować nawet jako słowa/myśli samego Reinharda.

Suna napisał/-a:

[chociaż niektóre elementy i rozwiązania mnie trochę zawiodły.



Coś jeszcze prócz tego co zaraz skomentuję? :P

Suna napisał/-a:

Spoiler:

1. Liczyłam na to, że Reinhard połączy siły z Yangiem i będą współpracować jak

SPOILER z TTGL



Spoiler:

Nie widzę za bardzo powodu do rozczarowania, było to oczywiste, iż taki przebieg wydarzeń jest raczej niemożliwy, co tylko potwierdził potem sam Yang. Gryzło by się to całkowicie z konfliktem o podłożu ideologicznym, który przedstawia seria, nie uważasz?



Suna napisał/-a:

Spoiler:

2. Śmierć Yanga - rozumiem, że miało być realistycznie, ale jednak liczyłam na coś bardziej efektownego.



Spoiler:

W sensie sam sposób jej pokazania? Jeśli tak, to raczej nie podzielam. Dla mnie śmierć Yanga pozostaje najmocniejszą sceną śmierci, jaką widziałem w animu i mango :P
Bohater demokracji, jedyna osoba w galaktyce, która jest zdolna do stawienia czoła Kaiserowi, ginie wykrwawiając się w skutek postrzału w udo. Ostatnie chwile spędza samotnie, w ciemnym korytarzu… Mimo tak niezwykle smutnych i tragicznych okoliczności śmierci, Yang nawet w swoich ostatnich słowach pokazał, że przez cały czas towarzyszyły mu wyrzuty sumienia za każde stracone pod jego rozkazami życie. Ku ironii losu, Terraiści uczynili ze swojej ofiary nieśmiertelny symbol demokracji, który pozwoli jej się ostatecznie odrodzić. Tym samym, słowa Yanga znajdują swoje potwierdzenie. Akty terroryzmu nigdy na dobre nie odwracają biegu historii. Yang Wenli pozostaje symbolem serii i obiektywnie najbardziej epic jej postacią.



Suna napisał/-a:

Spoiler:

3. Reinhard w drugiej części serii - wersja w mundurach z długimi włosami - nie wiem jak mogli go tak zeszpecić XD wyglądał strasznie [zwłaszcza w porównaniu z tym, jak wyglądał wcześniej].



Spoiler:

Zaiste, wielki niedostatek fabularny XD Nie no, z tym też się nie za bardzo zgadzam :P




Suna napisał/-a:

Jedyna baba z serii [poza tą rudą od Juliana], której wybitnie nie trawiłam :P cieszyłam się, że padła tak szybko.



Akurat Milicja pisała chyba o Hildzie... :P Zresztą lol, że w ogole, Suno, odpisałaś na tamten post ^^

Suna napisał/-a:

W sumie jest to całkiem LOGHiczne, ponieważ taki stan rzeczy zawierał się w przesłaniu serii, tj. że każdy jest randomem [kto nie wpływa na przebieg pisanej/zapamiętywanej historii ludzkości] i zarazem nikt nim nie jest [ponieważ każde, nawet abstrakcyjnie proste i nieplanowane działanie może mieć kolosalny/kluczowy wpływ na obrót wydarzeń, pociągając za sobą kolejne wydarzenia, które razem tworzą historię].



Suniczna interpretacja LoGHa ftw XDDDDDDD Nie no, podzielam, LoGH pokazuje, że historię tworzą jednostki, które znajdują się w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie.

A co do przesłania, to... Najprawdopodobniej największą zaletą Legend of the Galactic Heroes jest fakt, że jednocześnie będąc serią skomplikowaną i złożoną, jest łatwe w odbiorze, przedstawione w prosty do przyswojenia sposób. Sposób, w jaki obrazuje człowieczeństwo. Do bólu prawdziwie.To właśnie losy tytułowych, „galaktycznych bohaterów” są tu najważniejsze. Nie polityka i wojna, intrygi i bitwy. Całe umiejscowienie fabuły i galaktycznych rozmiarów konflikt zbrojny były dla mnie jedynie tłem, by przedstawić konflikt ideologii, którego puentą jest ponadczasowy przekaz...

W Legend of the Galactic Heroes widać, że każda ideologia może mieć swoje równie zasadne przeciwieństwo. Nie próbuje naiwnie gloryfikować pokoju i pacyfizmu. Raczej dobitnie pokazuje, że walka jest głęboko zakorzeniona w ludzkiej naturze.

„Być może człowiek jest istotą, która musi walczyć, aż nie zginie ostatni z nich.” – narrator, Legend of the Galactic Heroes: My Conquest is the Sea of the Stars.

Czuć tu nutkę romantyzmu. Fascynację ideą walki. Swoistą próbę uzasadnienia przelewania krwi w imię wyższych ideałów. Legenda Galaktycznych Bohaterów opowiada właśnie, nie o konflikcie dobra ze złem, ale konflikcie ideologii. Z jednej strony mamy Reinharda von Lohengramma, z drugiej Yanga i jego spadkobierców.

„Niewiele jest wojen pomiędzy dobrem i złem; większość toczy się pomiędzy jednym dobrem, a drugim dobrem” Yang Wenli, Legend of the Galactic Heroes.

Żaden z bohaterów tej wielowątkowej opowieści nie ma „racji”. W świecie LotGH’a nie istnieje prawda absolutna. W tej kwestii najlepiej chyba sprawdzają się słowa Reinharda.

„Nie uważam, że prawda absolutna jest konieczna. Potrzebna mi jedynie siła, bym swobodnie mógł spełnić swoje marzenia.” Reinhard von Lohengramm, Legend of the Galactic Heroes.

Legend of the Galactic Heroes mimo kilku wad i czasu, który trzeba poświęcić by akcja się rozwinęła, jest według mnie niedoścignionym ideałem, do którego najprawdopodobniej żadna seria nie zdoła się zbliżyć w trakcie następnych lat. Scenariusz tego anime to wielowątkowa opowieść o wojnie i ludzkich pragnieniach. A może po prostu cała ta produkcja to jedynie udana ekranizacja bardzo dobrego cyklu książkowego?


Suna napisał/-a:

Głębsze przesłanie jest zawarte poza słowami xD



...a epilog? :P

Właśnie LoGH imho nie próbuje kryć w sobie jakiegoś drugiego, czy trzeciego dna. Ogólny wydźwięk serii jest raczej prosty, ale zarazem bardzo prawdziwy. Seria de facto nie jest jakoś wybitnie głęboka, ale siła lekcji, które udziela widzowi tkwi w sposobie ich przeprowadzenia poprzez klasycznie epicką fabułę :P

Suna napisał/-a:

Wiem, że mw liczy na propagandę, więc ok:

Szczerze polecam kliknąć w link z posta otwierającego i ściagnąć przynajmniej kilka pierwszych epów. I w razie czego, wyrażać swój żal.pl albo zachwyt w tym temacie :P



Ej, to ja dodam, że nie warto oceniać to anime po pierwszych odcinkach. Największe zalety serii zaczynają być widoczne dopiero po pewnym czasie. Trzeba dać LoGHowi szansę, żeby zaczął błyszczeć. W tym miejscu pozwolę sobie powoli kończyć tego posta, wciąż mając nadzieję na to, że więcej osób odkryje to anime – pozna niezapomniane postaci, da się porwać wspaniałej fabule i poczuje magiczny klimat serii, To po prostu niespotykanie wielka i piękna opowieść jak na anime.

Btw. Chciałbym jeszcze poruszyć kwestię śmierci Obersteina. To znaczy, za którą z dwóch opcji się opowiadacie :P

[ Dodano: 18-01-10, 16:48 ]
post pisany na semi-czapie, więc za wszystkie błędy stylistyczne i merytoryczne przepraszam : D
Ostatnio zmieniony przez mocnowidno 18-01-10, 16:45, w całości zmieniany 1 raz

mocnowidno napisał/-a:

Suna napisał/-a:

ale do napisania posta też zostałam zmuszona.

jak możesz XD przecież to kłamstwo!

Kłamstwo w teorii, prawda w praktyce.

mocnowidno napisał/-a:

Zwróć uwagę na climax trzeciego sezonu, czyli epy 70+ i serię wydarzeń, które zwieńczył szokujący finał. Oba te wydarzenia należą do jednych z najmocniejszych scen, jakie dane mi było zobaczyć w anime. Zwłaszcza końcówka odcinka 82 jest w moich oczach wyjątkowo dewastująca.

Mogłeś jeszcze dodać, które dwa wydarzenia miałeś na myśli... moja znajomość LOGHa stoi jednak na niższym lvlu od Twojej [nie pamiętam każdego epa każdego sezonu >.>].

mocnowidno napisał/-a:

Spoiler:

Realizm śmierci Yanga przytłacza...

Mnie bardziej irytuje, zginął jak random ;d

mocnowidno napisał/-a:

Ja zdążyłem w mniejszym lub większym stopniu polubić każdego, kto nie był Forkiem i Braunschweigiem i miał swoje pięć minut. No dobra, odliczmy jeszcze Trunihta i chorego krewniaka Hildy.

Lol, ale randomy przywołujesz. Też nie lubiłam chorego krewniaka Hildy, podobnie tego rozpieszczonego szczyla, który został porwany.

mocnowidno napisał/-a:

Przy scenie z gwiazdami trudno powstrzymać łzy. Wyraz twarzy Wolfganga, wypowiadającego słowa „Felixie, i ty…?”

Nie mów, że płakałeś na tej scenie xD

mocnowidno napisał/-a:

Suna napisał/-a:

[chociaż niektóre elementy i rozwiązania mnie trochę zawiodły.

Coś jeszcze prócz tego co zaraz skomentuję? :P

Pewnie tak, ale w tej chwili niestety, albo na szczęście, nie pamiętam.

mocnowidno napisał/-a:

Suna napisał/-a:

Spoiler:

1. Liczyłam na to, że Reinhard połączy siły z Yangiem i będą współpracować jakSPOILER z TTGL

Spoiler:

Nie widzę za bardzo powodu do rozczarowania, było to oczywiste, iż taki przebieg wydarzeń jest raczej niemożliwy, co tylko potwierdził potem sam Yang. Gryzło by się to całkowicie z konfliktem o podłożu ideologicznym, który przedstawia seria, nie uważasz?

Spoiler:

Jak napisałeś - potwierdził potem. A zanim to zrobił, nie było to przynajmniej dla mnie oczywiste.

Nie przeczę, że gryzłoby się to z przedstawionym w serii konfliktem o podłożu ideologicznym, ale imo niekoniecznie gryzłoby się z nim całkowicie. Na dobrą sprawę cele Reinharda i Yanga można uznać za zbieżne - oboje chcieli aby nastąpił pokój w galaktyce. Raczej spojrzenie obu stron na pojęcie pokoju oraz tego, na jakich zasadach miałby on funkcjonować było odmienne. Mogli się jakoś dogadać...



mocnowidno napisał/-a:

Suna napisał/-a:

Spoiler:

2. Śmierć Yanga - rozumiem, że miało być realistycznie, ale jednak liczyłam na coś bardziej efektownego.

Spoiler:

W sensie sam sposób jej pokazania? Jeśli tak, to raczej nie podzielam. Dla mnie śmierć Yanga pozostaje najmocniejszą sceną śmierci, jaką widziałem w animu i mango :P

Spoiler:

Dla mnie napewno nie.

Nie chodzi mi o to, w jaki sposób zginął [chociaż ten też pozostawiał wiele do życzenia], ale raczej o to, w jaki sposób została jego śmierć ukazana [jak śmierć randoma]. Rozumiem, że dla niektórych może być to zajebiste, jednak osobiście nie jestem zwolenniczką przesadnego realizmu i często nad ten ostatni przedkładam efektowność. Liczyłam na to, że będzie patetycznie, a w moim odczuciu sposób ukazania jego śmierci był przeciwieństwem patetyczmu [chociaż zgodzę się, że można widzieć patetyzm w samym tym rozwiązaniu, jednak osobiście go chyba nie widzę].

Już śmierć Kircheisa była milion razy mocniejsza.



mocnowidno napisał/-a:

...a epilog? :P

Był w porządku.

mocnowidno napisał/-a:

Spoiler:

Btw. Chciałbym jeszcze poruszyć kwestię śmierci Obersteina. To znaczy, za którą z dwóch opcji się opowiadacie :P

A jakie są do wyboru?

Btw. Yurusenai, nabijasz się z moich sunicznych interpretacji :P

Btw. Yurusenai 2, wyciągasz mnie z działu Blicza xD jak możesz


LOGHarytmy

Suna napisał/-a:

Mogłeś jeszcze dodać, które dwa wydarzenia miałeś na myśli... moja znajomość LOGHa stoi jednak na niższym lvlu od Twojej [nie pamiętam każdego epa każdego sezonu >.>].



Chodziło mi oczywiście o śmierć Bucocka i Yanga.

Suna napisał/-a:

Mnie bardziej irytuje, zginął jak random ;d



Spoiler:

No... Nie powiedziałbym. Jego śmierć bardziej rozpatrywałbym jako tragiczną, aniżeli randomiczną. No i nie zapominajmy o wpływie jaki wywarła na bohaterów. Imo można nawet przyznać, że śmierć Yanga nadała serii nowy kierunek.



Suna napisał/-a:

Nie mów, że płakałeś na tej scenie xD



Yeah, manly tears were shed. I chyba nie tylko u mnie. Wiesz, jak już pisałem, dla mnie ta scena ujęła w sobie wszystko, za co można kochać to anime.

Suna napisał/-a:

Spoiler:

Jak napisałeś - potwierdził potem. A zanim to zrobił, nie było to przynajmniej dla mnie oczywiste.

Nie przeczę, że gryzłoby się to z przedstawionym w serii konfliktem o podłożu ideologicznym, ale imo niekoniecznie gryzłoby się z nim całkowicie. Na dobrą sprawę cele Reinharda i Yanga można uznać za zbieżne - oboje chcieli aby nastąpił pokój w galaktyce. Raczej spojrzenie obu stron na pojęcie pokoju oraz tego, na jakich zasadach miałby on funkcjonować było odmienne. Mogli się jakoś dogadać...



Spoiler:

Wiesz, Yang od początku był kreowany na idealistę, który nigdy nie byłby w stanie wyrzec się swoich poglądów. Z kolei Reinhard, jak to zauważył Bucock, chciał by Yang został jego poddanym. Niemożliwa do realizacji sytuacja. Nie uznawałbym ich celów za zbieżne. Poczynaniami Yanga kierowała ideologia, ale w głównej mierze odpowiedzialność za rolę, którą ku jemu własnemu zaskoczeniu i niechęci przyszło mu odegrać w historii. Natomiast Reinhard zawsze chciał chwytać los w swoje ręce. Zatem imo można uznać, że jeśli idzie o rzeczy, które determinowały ich czyny, to tu żadnej symetrii nie było. Dogadanie=/=współpraca, o której, jak wywnioskowałem, zdawałaś się pisać. Dogadać już btw się przecież mieli, tyle że Terraiści wszystko popsuli... Ale tu trzeba też pamiętac, że taki pokój nie przetrwałby raczej długo. Miecz nie ma powodu by istnieć, prócz bycia mieczem; Reinhard po pewnym czasie z pewnością zacząłby szukać pretekstu do walki z Yangiem. W dodatku takiej, gdzie obaj mieliby równe szanse. A to raczej nie wpłynęłoby dobrze na losy galaktyki. Podobnie byłoby zapewne, gdyby Reinhard w ogóle nie zachorował i dalej żył...



Suna napisał/-a:

Spoiler:

Dla mnie napewno nie.

Nie chodzi mi o to, w jaki sposób zginął [chociaż ten też pozostawiał wiele do życzenia], ale raczej o to, w jaki sposób została jego śmierć ukazana [jak śmierć randoma]. Rozumiem, że dla niektórych może być to zajebiste, jednak osobiście nie jestem zwolenniczką przesadnego realizmu i często nad ten ostatni przedkładam efektowność. Liczyłam na to, że będzie patetycznie, a w moim odczuciu sposób ukazania jego śmierci był przeciwieństwem patetyczmu [chociaż zgodzę się, że można widzieć patetyzm w samym tym rozwiązaniu, jednak osobiście go chyba nie widzę].

Już śmierć Kircheisa była milion razy mocniejsza.



Imo to nie ta seria, żeby był patos :P Po prostu chyba Twoje oczekiwania nie do końca pokryły się ze specyfiką serii, no ale co poradzić. btw

Spoiler:

Nie przesadzałbym z tym Kircheisem :P



Suna napisał/-a:

A jakie są do wyboru?



Spoiler:

Chodziło mi o to, czy Oberstein faktycznie się podstawił, czy jego śmierć była rzeczywiście wynikiem błędu w obliczeniach :P



Suna napisał/-a:


Btw. Yurusenai, nabijasz się z moich sunicznych interpretacji :P



Nie nabijam. Są epic.

Suna napisał/-a:

Btw. Yurusenai 2, wyciągasz mnie z działu Blicza xD jak możesz



^^
Ostatnio zmieniony przez mocnowidno 19-01-10, 11:46, w całości zmieniany 1 raz
Wreszcie rozpoczalem moja przygode z ta seria ;]
Oglądam sobie powolutku, wieczorkiem / w nocy po jeden, dwa epsy i obecnie kończę pierwsza dziesiątkę, czyli dopiero ułamek całości.

Powtrzymam sie wiec od glebszego komentowania samej fabuly, bo na dobra sprawe w tak wczesnym stadium nawet sie porzadnie nie zarysowala.
Ten post to beda takie szybkie pierwsze wrazenia.


1) Grafika, czyli kreska, efekty, etc. Nie da sie ukryc, ze seria pochodzi z innej epoki i po prostu odstaje od dzisiejszych produkcji w Full HD i przeladowanych CGI. Dodatkowo aspect ratio 4:3 czyli koszmar posiadaczy monitorow panoramicznych.

Tak mniej wiecej wygladaly moje obawy przed odpaleniem pierwszego epa. Szybko sie jednak rozwialy. Oprawa graficzna jest w pelni akceptowalna, powiem wiecej, dla mnie, jako dosc starego fana anime, pamietajacego toporne produkcje emitowane na Polonii 1 ma to wszystko swoj urok.

Na uwage z pewnoscia zasluguje szczegolowe wykonanie elementow mechaniczno-technicznych (statki, śluzy, etc).

Oprawa dzwiekowa i muzyka na chwile obecna niczym nie przykuły mojej uwagi. Wiec albo sa nudne, albo po prostu dobrze wtapiaja sie w tlo. Sam ending i opening to niestety zupelny zabytek totalnie gatunkowo mi obcy (w latach osiemdziesiatych tez byl metal!!!111 wiec autorzy mogli pojsc w tym kierunku :>)

2) Troche o fabule, klimacie i settingu. Bardzo przyjemnie zaskoczylo mnie dosc powazne przedstawienie calego konfliktu i glownych postaci po obu stronach barykady. Milo w koncu obejrzec serie, gdzie nie ma podzialu na zlych i dobrych, nie ma heroizmu ociekajacego patosem, etc. Wszystko jest tutaj logiczne i dosc "zwyczajne", czyli realistyczne, jesli w ogole mozna uzyc takiego slowa w stosunku do wojny gwiezdnej w odleglej przyszlosci ;]
Licze, ze watki polityczno strategiczne i ich analiza dostarcza mi wiele radosci w przyszlosci.

3) Seria jest ewidetnie stara, wiec i techniki prezentacji fabuly sa dosc klasyczne. Na razie prym wioda retrospekcje, zajmujace niekiedy pol odcinka, wprowadzane bez wiekszych ceregieli. Z pewnoscia brak tu wodotryskow, ale w tamtym okresie nikt tego typu wodotryskow nie stosowal. Fani podrozy do wnetrza umyslu ala NGE moga czuc sie rozczarowani ;]
Z pewnoscia duza zaleta tego zacofania epokowego jest brak najwiekszego syfu wszechswiata - fillerow!

4) Troche o wadach na chwile obecna wypatrzonych.

- Napisy z imionami postaci, wyskakujace przez te pierwsze epsy doslownie co chwila.
- Brak rozwienietych zagadnien taktyczno-technicznych w czasie walk gwiezdnych. Niby juz cos bylo, jakies manewry, jakies satelity, ale troche zbyt malo i czuje sie nienasycony ;]

Generalnie jest to pierwsza tak dluga seria anime, ktora ogladam. Nienawidze tasiemcow, jak dotad zaden mnie nie zainteresowal. Zobaczymy, jak bedzie tym razem.
Ostatnio zmieniony przez ogar 30-01-10, 14:12, w całości zmieniany 2 razy
Zrobiłeś mocnowidno taki PR wokół tej kreskówki, jakby to był jakiś 8 cud świata. Kiedy jeszcze widziałem oceny Spike'a, to ja naprawdę przystępowałem do tej produkcji z takim przeświadczeniem. Ale cudów absolutnie nie ma. To anime tak za wszelką cenę chce być jak jakieś "Gwiezdne wojny", czy inny "Star Trek", ale widać, że po prostu nie może.
Obejrzałem 6, może 7 odcinków oceniam na podstawie tego, co widziałem.

Nie wiem, ileż można wybaczać słabą jakość grafiki, dźwięku, animacji. To przecież nie jest tak, że jeśli to ma 20-30 lat, to mam o wszystkim zapominać. Zresztą fabuła też nie czaruje. Absolutnie. No po prostu nie czuję klimatu, kiedy 20 chłopa w stylizacji Ku Klux Klan robi mega groźne i buńczuczne miny przed jakąś wystraszoną kobieciną. Jeśli chcieliby jej zrobić krzywdę, to wystarczy przecież 3/4 mężczyzny i to bez tej pałki w ręce.
Czy później ta obrona mieszkania. Tak. Z hydrantu sterowanego pilotem wszystkich powystrzelał, a oni stali i się patrzyli...
Te pretensjonalne pozy, bombastyczna architektura, jakieś przemówienia dla wielu tysięcy ludzi stojącymi na baczność i bezproblemowe wyjście kobiety na środek z bluzgami.
Jakieś Rosen Ritter, czy coś takiego. No głupie to jest. Przepraszam, ale zwyczajnie głupie. Jakieś starogreckie stroje przygłupów na odległej planecie. Jakaś pseudo mega intryga, że żołnierze przystosowani do walki wręcz wdarli się do środka. Nie no, spoko. Może i motyw jeszcze do przełknięcia.
Nie chcę być złośliwy, ale naprawdę twierdzę, że fabuła nie wybija się ponad poziom randomowego shounena. A właśnie różnica jest taka, że tym randomowym shounenom wybaczamy jakieś ploty, jakieś głupoty, jakieś naciągnięcia, bo tam się to wpisuje w całą konwencję. A tutaj? No nie.
Po pierwszych kilku odcinkach również nie byłem zachwycony, nie przepadam za filmami politycznymi (anime tym bardziej), a początkowo właśnie polityka wysuwa się na pierwszy plan, ale kilkanaście odcinków później zmieniłem zdanie. Przy tak długiej serii nie można się zbyt szybko poddawać, chociaż jeden sezon wypada zobaczyć albo nie zabierać się wcale, bo tylko straci się czas.

qosmo napisał/-a:

Kreska w LoGHu, wraz z całą graficzną otoczką jest stylizowana na Realizm. Nie, ona jest po prostu realistyczna. I na pewno nie jest słaba, gdyż dzięki takiej stylizacji trzeba x razy więcej pracy, żeby to wyglądało dobrze. A nie tak, że w obecnych anime [większości] proporcje [zwłaszcza twarzy] są kompletnie olane, a takie włosy to zarys + jeden/dwa kolory.


Ano właśnie. Grafika w LoGH jest taka jaką lubię, tzn. ręcznie rysowana, a nie na zasadzie kopiuj/wklej gotowce zrobione przez kompy. W dzisiejszych czasach niestety nikomu nie chce się już rysować od zera i w każdym animcu do pracy zaprzęgane są komputery. W efekcie za każdym razem skręca mnie w żołądku gdy widzę choćby coś takiego. Niby dopracowane i ładne, ale mnie ta plastikowość razi. Albo takie coś (wszystkie postacie mają dziwny cień na nosie). I ogólnie lubię old-school, w dzisiejszych czasach atrakcyjność fabuły mierzy się na podstawie ilości zwrotów akcji, a nie solidności scenariusza czy przekonującej historii (stąd mamy słabego Code Geassa na szczycie popularności), dawniej natomiast nie robiło się anime hurtem i nie korzystało tak ze schematów stąd takie perełki jak Votoms, SPT, Gundam, Macross, anime spod szyldu World Masterpiece Theater, City Hunter, Ancient Books of Ys, Future Boy Conan, Mister Ajikko, Touch i pewnie wiele innych których nie znam.
9 na 10 otaku zaleca oglądanie Kemono no Souja Erin.
Ostatnio zmieniony przez Góral 31-01-10, 19:15, w całości zmieniany 2 razy

alosza napisał/-a:

Nie chcę być złośliwy, ale naprawdę twierdzę, że fabuła (LoGHa) nie wybija się ponad poziom randomowego shounena.

ALOSZA - WYGRAŁEŚ INTERNET


alosza napisał/-a:

To anime tak za wszelką cenę chce być jak jakieś "Gwiezdne wojny", czy inny "Star Trek", ale widać, że po prostu nie może.


Nie. Nie trafiłeś, chłopcze. "Gwiezdne Wojny" to fantastyka w kosmicznym settingu, opowiadająca o odwiecznej walce dobra ze złem. O Star Treku, nie będę się wypowiadać, bo nie jestem w temacie, ale na pewno Star Trek=/=LoGH.
W LoGHu na pewno nie masz walki moralnej - tzn. dobro vs zło. Występuje tutaj walka ideologii [wola jednostki vs wola społeczności], a nie moralności.

alosza napisał/-a:

Obejrzałem 6, może 7 odcinków oceniam na podstawie tego, co widziałem.

Czyli oceniasz serię mając za sobą 5,45-6,36% całego tytułu. Nieźle~

alosza napisał/-a:

Nie wiem, ileż można wybaczać słabą jakość grafiki, dźwięku, animacji. To przecież nie jest tak, że jeśli to ma 20-30 lat, to mam o wszystkim zapominać.



Self-owned 2010.
Kreska w LoGHu, wraz z całą graficzną otoczką jest stylizowana na Realizm. Nie, ona jest po prostu realistyczna. I na pewno nie jest słaba, gdyż dzięki takiej stylizacji trzeba x razy więcej pracy, żeby to wyglądało dobrze. A nie tak, że w obecnych anime [większości] proporcje [zwłaszcza twarzy] są kompletnie olane, a takie włosy to zarys + jeden/dwa kolory.
Animacja - no dziwne, żeby anime sprzed 20-30 [pierwsze odcinki] lat miało oszałamiającą animacje. Zresztą takie np. Naruto miewa gorszą D:
Muzyka - po prostu brak mi słów [rozumiem, że można ją uznać za średnią, bo są gusta i guściki, ale trzeba znać pewne granice].

alosza napisał/-a:

Te pretensjonalne pozy, bombastyczna architektura, jakieś przemówienia dla wielu tysięcy ludzi stojącymi na baczność i bezproblemowe wyjście kobiety na środek z bluzgami.


Wyjdź za okno/obejrzyj tv. Seria nie opowiada historię nastolatek z gimnazjum, czy elfek z lasu tylko historię społeczeństwa przyszłości. Czego ty oczekujesz?

alosza napisał/-a:

Nie chcę być złośliwy, ale naprawdę twierdzę, że fabuła nie wybija się ponad poziom randomowego shounena. A właśnie różnica jest taka, że tym randomowym shounenom wybaczamy jakieś ploty, jakieś głupoty, jakieś naciągnięcia, bo tam się to wpisuje w całą konwencję. A tutaj? No nie.


Napisz mi jak ty możesz oceniać fabułę po obejrzeniu zaledwie kilku epów? Aha - o jakich plotach piszesz? Jakie naciągnięcia?
Ps. LoGH to nie shounen.
alosza, jesteś cudem.

alosza napisał/-a:

Kiedy jeszcze widziałem oceny Spike'a, to ja naprawdę przystępowałem do tej produkcji z takim przeświadczeniem. Ale cudów absolutnie nie ma.
(...)
Obejrzałem 6, może 7 odcinków oceniam na podstawie tego, co widziałem.


Recenzja (przynajmniej ta moja) ma to do siebie, że ocena dotyczy CAŁOŚCI serii, nie jej 1/20, która, w tym przypadku, nie stanowią nawet wprowadzenia do właściwej historii, a jedynie wstępnie zarysowuje postaci i uniwersum (i, powiedzmy szczerze, są dosyć lame).

Oczywiście nie jest tak, że LoGH nie ma żadnych wad; po prostu, w moim, subiektywnym, odczuciu, pozytywy dominują nad nimi w takim stopniu... no cóż, ocena jest powyżej. ^^

I w sumie na tym powinienem zakończyć, ale pokusa jest zbyt silna. ^^

alosza napisał/-a:

Nie wiem, ileż można wybaczać słabą jakość grafiki, dźwięku, animacji. To przecież nie jest tak, że jeśli to ma 20-30 lat, to mam o wszystkim zapominać.


Lulz. Faktycznie, nie można wybaczyć, że nie mogli się jeszcze wstrzymać tych 30 lat, aby nasze pokolenie mogło się cieszyć LoGHem we współczesnej oprawie.

A teraz czekam na konstruktywną krytykę kreski i muzyki (raczej się nie doczekam).

alosza napisał/-a:

To anime tak za wszelką cenę chce być jak jakieś "Gwiezdne wojny", czy inny "Star Trek", ale widać, że po prostu nie może.


Jedynym sensownym wnioskiem, jaki udało mi się wyciągnąć z powyższego jest to, że każda produkcja umieszczona w kosmosie i zawierająca statki kosmiczne będzie dla ciebie klonem "Gwiezdnych Wojen czy innego Star Treka" bo, pomijając te motywy, LoGH nie ma z nimi nic wspólnego (tak samo zresztą jak ST z SW, z tego co się orientuję).
Oh, well. Yet another fail.

alosza napisał/-a:

Nie chcę być złośliwy, ale naprawdę twierdzę, że fabuła nie wybija się ponad poziom randomowego shounena.


EPIC.
Nawet pomijając fakt, że oceniasz fabułę po obejrzeniu 6% całości. xDD

edit: literówki.
Ostatnio zmieniony przez Spike 31-01-10, 20:22, w całości zmieniany 2 razy
Oborze, świat się kończy, że się tutaj wpisuję i to jeszcze w takim kontekscie.....

alosza napisał/-a:

To anime tak za wszelką cenę chce być jak jakieś "Gwiezdne wojny", czy inny "Star Trek", ale widać, że po prostu nie może.
Obejrzałem 6, może 7 odcinków oceniam na podstawie tego, co widziałem.


Umm....um...nie odniosłam wrażenia aby Logh w jakimś stopniu silił się na podobieństwo do SW albo ST, w ogóle chociaż wszystkie produkcje to space opery, trudno się pokusić nawet o jakąkolwiek analogię tych tytułów, bo skupiają się na zupełnie innych aspektach kosmosu or ja coś przegapiłam w trakcie oglądania któregoś.
Do tego- sorry, ale wyciąganie takich wniosków , po 6-7 epach jest...no dość kiepskie, tym mocniej, że z tego co pamiętam sedno serii zaczyna się rysować gdzieś koło...ummm+30 epa or slt, nie pamiętam dokladnie.
Ja po obejrzeniu całości mogę stwierdzić, że po prostu pewne motywy znajdują się we wszystkich space operach no i Logh też akurat miał kilka smaczków, które tu i ówdzie można było już gdzieś widzieć, ale to nie znak, że jest tanią zrzynką ;d...albo się to lubi albo nie, ja nie lubię no i życie XD

alosza napisał/-a:

Nie chcę być złośliwy, ale naprawdę twierdzę, że fabuła nie wybija się ponad poziom randomowego shounena


I znowu zestawianie space opery do klasycznego shonena też trochę failowe, chyba, że chodziło Ci o "prędkość" fabuły, ilość epów or slt.
A czy randomowy shonen jest lepszy czy gorszy od tego...no jak mówię, trudno porównać, bo i w fabule chodzi o coś zupełnie innego, ale jeśli chodzi o samo stwierdzenie, że fabuła Logha nazbyt finezyjna nie jest (i jesli do tego zmierzałeś), to mogę się zgodzić.

W kwestii kreski jestem skłonna zgodzic się z qosmo, chociaż nadal boleję nad realizmem buziek kobiecych no , ale ;d

I może tak na przyszłość, to raczej sugestia taka albo propozycja- jak piszecie posta, obejrzyjcie wcześniej więcej jak 7 epów, no tak chociaż te +30 zaliczcie aby stwierdzać czy seria to total fail czy Wam się podoba, bo mimo wszystko ocena po paru pierwszych , biorąc pod uwagę ile finalnie tych epów jest, brzmi dość niefajnie.
Albo przynajmniej zaznaczajcie , że nie planujecie kontynuować , i również nie meldujcie się tutaj co xx odcinków, podburzając gawiedź do tego aby Was zjadali XD
Spoiler:

Cytat:

I może tak na przyszłość, to raczej sugestia taka albo propozycja- jak piszecie posta, obejrzyjcie wcześniej więcej jak 7 epów, no tak chociaż te +30 zaliczcie aby stwierdzać czy seria to total fail czy Wam się podoba, bo mimo wszystko ocena po paru pierwszych , biorąc pod uwagę ile finalnie tych epów jest, brzmi dość niefajnie.


Spike napisał/-a:

że ocena dotyczy CAŁOŚCI serii, nie jej 1/20

Cytat:

Nawet pomijając fakt, że oceniasz fabułę po obejrzeniu 6% całości. xDD


qosmo napisał/-a:

Czyli oceniasz serię mając za sobą 5,45-6,36% całego tytułu. Nieźle~


Ależ oczywiście, że uważam ten kontrargument za chybiony. Ile procent z całości obejrzeliście "Klanu", "M jak miłość", czy "Plebanii"? Czy przeszkadza Wam to w wypowiedzeniu swojego zdania ich temat?
Ja właśnie dlatego nie obejrzałem LOGHa do końca, bo mi się nie podoba. Nie katuję się widokiem czegoś, co jest dla mnie przykre. Przyszedłem i wypowiedziałem swoje zdanie. To aż taka sól w Waszych oczach?
I myślę, że jestem w miarę konsekwentny w tym moim rozumowaniu:
http://forum.senpuu.net/v...p=603064#603064
Spoiler:

Cytat:

Test pytanie- lubicie "Klan"? No dobra, to jeszcze nie jest to pytanie. Wiadomo, że odpowiecie: "nie". Teraz będzie to pytanie: kto z Was udziela się na forum "Klanu", rozkminia tamtejsze pairingi, no i konstruuje ichniejszy "Rozkład sił"? Hm, no kto?
Dlatego bardziej wiarygodny jest np. Sharik, który mówi mniej więcej tak- "ta manga mi się nie podoba, ale w sumie nie jestem w stanie bliżej sprecyzować dlaczego, bo prawie w ogóle jej nie czytam". A nie czyta dlatego, bo mu się nie podoba. I koło się zamyka.



<Moja napinka na Waszą napinkę>
asdgnp iaafgharg
</Moja napinka na Waszą napinkę>
Jesteśmy kwita.

Spike napisał/-a:

A teraz czekam na konstruktywną krytykę kreski


Nie wiem, czy to jest kwestia "kreski", czy też może "animacji". Postaci poruszają się sztywno, w sposób nienaturalny. To takie chodzące deltoidy. Sceny batalistyczne delikatnie mówiąc nie powalają. A przecież to nie film, że są budżetowe ograniczenia. Pokazane są jakieś strzały z laserów, nie ma specjalnych manewrów tych statków, zmieniają ujęcie, a gdy ono powraca, to widzimy tylko wybuch.
Ja wiem, że to ma 30 lat. (Pewnie teraz ktoś się wtrąci wytykając mi błąd, bo tak naprawdę ta seria ma x lat i ileś tam dni.) Tylko nie widzę racjonalnego powodu, dla którego miałbym pomijać ten aspekt. Wystarczy, że ustępuję starszym w tramwaju :F Animacja jest taka, jaka jest, a nie taka, jaka by być mogła w 2010 roku. Oceniam to co widzę i stwierdzam, że mi się nie podoba. Owszem, mogę na to przymknąć oko, ale też są granice.

Spike napisał/-a:

i muzyki


Jest nudna. Nie nadaje się jako soundtrack, który rządzi się własnymi prawami. Jest zupełnie bez wyrazu, nie potrafię sobie nawet przypomnieć jakiegoś motywu. Pamiętam, że ta wada mi mocno przeszkadzała, gdy oglądałem.
Opening i ending może sobie każdy obejrzeć na youtubie. To samo.

Cytat:

Nie. Nie trafiłeś, chłopcze.


...

qosmo napisał/-a:

"Gwiezdne Wojny" to fantastyka w kosmicznym settingu, opowiadająca o odwiecznej walce dobra ze złem. O Star Treku, nie będę się wypowiadać, bo nie jestem w temacie, ale na pewno Star Trek=/=LoGH.
W LoGHu na pewno nie masz walki moralnej - tzn. dobro vs zło. Występuje tutaj walka ideologii [wola jednostki vs wola społeczności], a nie moralności.


Zupełnie nie w tym rzecz.

Spike napisał/-a:

Jedynym sensownym wnioskiem, jaki udało mi się wyciągnąć z powyższego jest to, że każda produkcja umieszczona w kosmosie i zawierająca statki kosmiczne będzie dla ciebie klonem "Gwiezdnych Wojen czy innego Star Treka"


Nie.

Spike napisał/-a:

bo, pomijając te motywy, LoGH nie ma z nimi nic wspólnego


Zgadzam się.

qosmo napisał/-a:

Ps. LoGH to nie shounen.


<sigh>

qosmo napisał/-a:

Aha - o jakich plotach piszesz? Jakie naciągnięcia?


No podawałem przykłady w 1 poście.

---
Ale ogólnie. Kwestia estetyki.
Ta cała intertekstualność. Ten miszmasz, nawiązywanie do niemieckiego cesarstwa z jednej strony. Z drugiej na innej planecie odniesienie do antycznej kultury greckiej. Wystrój wnętrz. Ubiór tego Reinharda, epolety, peleryna. Gdzieś tam pałacyk Neue Sans Souci. To jest takie... no przepraszam, kiczowate. Pojęcie kiczu jak w pysk strzelił:

Cytat:

Określanie czegoś kiczem wskazuje odbiorcy brzydotę i lichość oraz małą wartość artystyczną tak nazwanego dzieła, wykonanego z pewnym przepychem, ale zupełnie pozbawionego gustu:



I tłumaczenie łopatą widzowi relacji interpersonalnych. Że ten von Seeckt (pfff... http://pl.wikipedia.org/wiki/Hans_von_Seeckt ) nie lubi się z tym Stockhausenem (dobrze zapamiętałem?) i dlatego coś tam zawalili obronę tej fortecy. No to już jest wtórny motyw.
Ogólnie, jakieś pretensje do głębokich prawd życiowych. Chodzi o to, że jeśli dobrze rozumiem, to ta seria została zrobiona nie na jaja. A więc to nie coś w stylu "Lucky Star", czy "Naruto" z "Bleachem", gdzie specjalnie mamy pełno uproszczeń i od razu sprawa jest postawiona jasno: to jest dla młodzieży i ma być łubu-dubu.
O czym to w ogóle jest? Jest w tej serii coś głębszego, ale zarazem nie taniego? Nie dopatrzyłem się tego.

I w sumie cóż mogę więcej dodać. Mi się podoba. Wam nie. Tyle.

edit: tfu! odwrotnie! xd
Ostatnio zmieniony przez alosza 31-01-10, 21:58, w całości zmieniany 4 razy

alosza napisał/-a:

Ależ oczywiście, że uważam ten kontrargument za chybiony. Ile procent z całości obejrzeliście "Klanu", "M jak miłość", czy "Plebanii"?

Loling 8D
Klan to nie jest wielka fabuła, w której postaci są przedstawiane, jest zarysowywane uniwersum itd. to wycinek życia grupki ludzi, z którymi nie dzieje się nic specjalnego i tyle. Tam nie ma wydarzeń przełomowych itd. To nie są zamknięte tytuły. Tam nie ma wprowadzenia. W LoGHu wprowadzenie trwa kilkanaście epów, 2-3 razy więcej niż obejrzałeś.

alosza napisał/-a:

Ja właśnie dlatego nie obejrzałem LOGHa do końca, bo mi się nie podoba. Nie katuję się widokiem czegoś, co jest dla mnie przykre. Przyszedłem i wypowiedziałem swoje zdanie. To aż taka sól w Waszych oczach?

Ależ nikt CI tego nie bronił, złotko. Jak najbardziej mozesz stwierdzić, że Ci sie nie podoba. Jednakże, ocenianie CAŁEJ fabuły, po jej marnym strzępku jest... no, niepoważne.

alosza napisał/-a:

Nie wiem, czy to jest kwestia "kreski", czy też może "animacji".

Pisałeś I o kresce, I o animacji. Jeżeli nie znasz tych terminów, a itak krytykujesz oba, to... moje gratulacje :)

alosza napisał/-a:

Animacja jest taka, jaka jest, a nie taka, jaka by być mogła w 2010 roku. Oceniam to co widzę i stwierdzam, że mi się nie podoba. Owszem, mogę na to przymknąć oko, ale też są granice.

No dobra, ale to wiedzą wszyscy, nikt temu nie przeczy. Animacja LoGHa obiektywnie posysa, chyba że w dalszych epach się to drastycznie zmienia.
Jednakże, krytyka kreski... 80% obecnych anime ma gorszą. Teraz pojęcie 'rysy twarzy' właściwie nie istnieje. W LoGHu są niezwykle szczegółowe i realistyczne (jak na anime). Tła... ręcznie malowane, wyblurowane... tam sa ręcznie malowane i tyle (tzn. tak wyglądają). Zależy od produkcji, jednak widać, że w najnowszych anime przykładają się do tego aspektu (szkoda, że nie do wyglądu postaci).

alosza napisał/-a:

O czym to w ogóle jest? Jest w tej serii coś głębszego, ale zarazem nie taniego? Nie dopatrzyłem się tego.

Śmiem podejrzewać, że to się pojawi tyćkę później niż w 1/20 anime.

Moje odczucia?
Śliczna kreska. Fatalna animacja, ale da się przymknąć oko, mam nadzieję, że się przyzwyczaję i nie będzie mi przeszkadzać. Może się poprawi. Muzyka? Hmm, ogólnie się wpasowuje w tło, w jednym momencie nie byłem pewien, czy mi się podoba, czy nie, za mocno się wyróżniała, nie była zła, ale coś w niej nie pasowało. Op i Ed nie oglądałem, bo lubię, kiedy coś się w nich dzieje (tzn. dużo). Włosy ftw.
Trochę śmieszy mnie motyw wielkiego epickiego yaoi na skalę kosmiczną, zobaczymy jak będzie dalej :) Od razu pomyślałem o Lelouchu i Suzaku, lol xD
A, dziwnie to wygląda, że giną tysiące ludzi, a oni siedzą i się do siebie uśmiechają. Dziwny motyw, trochę zabawny, ale nie na miejscu w poważnej serii (bo LoGH raczej taką jest)
Jessica, czy jak jej tam było wylatująca ze zdjęcia na końcu była creepy.

Oglądam dalej :P
Ostatnio zmieniony przez Progeusz 31-01-10, 22:17, w całości zmieniany 1 raz
Ech... rok się zbierałem. :P
Post z dedykacją dla mocnowidno oczywiście, bo mnie zmusił do niego (choć nie za darmo! nie za darmo!), więc piszę. Spoilery starałem się odznaczać, więc jeśli ktoś nie oglądał serii, to spokojnie może przeczytać ten post, jeśli chce (chyba że np. imiona postaci są dla niego spoilerem). Wszystkie wydarzenia fabularne (szczególnie te hc) są umieszczone w spoilertagach. Będzie chaotycznie, głupio i z błędami, ale przykro mi - nie jestem humanistą. :P

Zacznijmy od tego, że serię widziałem jakiś rok temu (a może i więcej?) i co ciekawe jestem jedną z nielicznych (jedyną?) osobą, która nie uległa propagandzie mw i obejrzała serię z własnej woli (chyba oglądaliśmy ją nawet mniej więcej równocześnie). Tak więc poślizg czasowy może spowodować pewnego rodzaju niedociągnięcia w tym poście, sporej części wydarzeń po prostu nie pamiętam i wypadałoby sobie serię odświeżyć. A że czasu zbytnio nie mam, a posta obiecałem, więc... :P

Fandom LoGHa dzieli się na tardów i hejterów, co ciekawe nie spotkałem się z formą pośrednią (w sensie: "no, spoko anime, 7/10") i wydaje mi się, że to nieźle świadczy o serii. Nie lubię słowa 'tard', mogę nawet powiedzieć, że nim GARdzę, ale w przypadku tej serii chyba mogę się jednak zaliczyć do tardów. Do autora posta otwierającego oczywiście ciągle mi daleko (lol :P), ale nie zmienia to faktu, że anime wywarło na mnie naprawdę spore wrażenie.

Do rzeczy.
Legend of the Galactic Heroes to jedno z najlepszych anime jakie widziałem (najlepsze? być może), a widziałem ich, powiedzmy, kilka. Ma dość ciężki klimat i - to o czym pisali niektórzy przedmówcy - zdecydowanie nie jest dla każdego. Powiem więcej - LoGH jest tylko dla wybranych. :P

Graficznie.
Pierwsze wrażenie - omg, ale hardkor! o_O No tak, seria liczy sobie trzydzieści lat. Należy wziąć na to (sporą!) poprawkę, co nie zmienia faktu, że i tak jest ciężko, szczególnie dla kogoś, kto ogląda głównie nowe produkcje (jak ja). Jednak moim zdaniem idzie się przyzwyczaić po pewnym czasie, wiadomo, że postaci (kobiece na przykład...) będą boleć do samego końca, aczkolwiek ów ból jest IMO z czasem neutralizowany i po jakimś czasie kreska może się nawet podobać (sic!).
Generalnie rzecz biorąc to ona nie jest zła, po prostu ludzie przyzwyczaili się już do grafiki z XXIw. biorąc ją, powiedzmy, jako odnośnik co do jakości serii, a przecież LoGH nie może się równać z zeszłorocznymi anime, nawet gdyby bardzo chciał. Jednak jak tak sięgam w przeszłość, a oglądałem też anime ze starszych lat, to ciężko mi znaleźć coś co ma porównywalną kreskę do LoGHa, a zaczynało raczkować w latach 80. Dragon Ball, produkcje Ghibli może... Coś jeszcze? No idea.
Ogólnie - grafikę w tej serii oceniam zdecydowanie na plus, duży plus, bo mimo że obecnie kala oczy, to kiedyś chyba była zajebista, a nie mogę jej obniżać oceny tylko dlatego, że sam tak późno serię obejrzałem. Po prostu najs.

Muzycznie.
Ogólnie, lol, uważam ten aspekt za najsłabszy w serii (sic!), ale bynajmniej nie dlatego, iż muzyka była słaba/przeciętna, ale dlatego, że pozostałe części składowe były po prostu bardziej zajebiste od niej. :P
Co do tej muzyki to hmn... Zacznijmy od openingów. Albo nie, od endingów, za chwilę będę dochodził, jeszcze chwilę wytrzymam. Ogółem wszystkie są przynajmniej bardzo dobre, klimatyczne, ładnie zrobione i fajne muzycznie. Mój faworyt to oczywiście ending pierwszy - zdecydowanie najlepszy muzycznie i mocny klimatycznie. Trochę spoilerowy (choć raczej dopiero w kontekście znajomości całej serii, w trakcie jej oglądania spoilerowy nie był, a oglądałem kilka razy). Ogółem polecam wszystkie, ze szczególnym naciskiem na pierwszy (na drugim miejscu chyba numerek 3, choć to się stale zmienia :P).
Openingi więc. Bardzo dobre oczywiście, wszystkie, za wyjątkiem jednego. Opening czwarty nie jest bardzo dobry. On jest [Heros mode]UBER ZAJEBISTY I TYRA WSZYSTKO I WSZYSTKICH[/Heros mode]. A tak na trzeźwo (ufff... Heros mode jest straszny) to jest to jeden z moich ulubionych openingów ze wszystkich serii anime jakie widziałem (a jest ich... no, kilka). Jest śpiewany w języku angielskim, a znawcy nazwą go pewnie engriszem. :P Nie wiem dlaczego tak mnie ujął - może dlatego, że potrafię go zaśpiewać (nie chcecie słyszeć) i rozumiem o czym tam śpiewają. :P Generalnie - naprawdę mnie urzekł, miewam na niego niezłe nawroty fazy i często słucham. Ogółem - bardzo polecam.
Muzyka w samej serii - głupio przyznać, ale... nie pamiętam. To znaczy na pewno nie była słaba, z tego co mi tam jeszcze świta w pomięci to chyba leciały czasami kawałki z opów i edów (na pewno). No i była klimatyczna, bo nie przeszkadzała w oglądaniu serii, a wpasowywała się w klimat. Więc na pewno na plus, choć do najlepszej bym jej nie zaliczył - Beck, Nana i Macross F to jednak wyższa liga w tym przypadku. :P

Fabularnie.
Oh well, Spike wystawił 9*10^3 na 10 - tak dużo to chyba jednak nie :P natomiast zgadzam się z tym, że fabuła w LoGHu wybija się poza skalę. Jest kilka aspektów, które czynią ją zajebistą. Przede wszystkim - wielowątkowość. Nie mamy przed sobą jednego, oklepanego motywu, który ciągnie się przez 110 epów, a kilka, przeplatających się, sprawiających, że czytelnik nie zostaje zanudzony na śmierć. Niesamowita ilość epickich momentów (choć obecnie nie pamiętam już wszystkich) z udziałem bohaterów tylko podnosi wartość fabuły. No i to (o czym już pisano), że nie ma podziału na dobrych i złych - widz sam może ocenić po czyjej chce być stronie, a i to nie jest łatwe, z racji tego że postaci z obu stron barykady są tak przedstawione, że ciężko ocenić komu tak naprawdę kibicować.
O fabule możnaby dużo, ale ja sobie jednak oszczędzę. Myślę, że są osoby, które są w stanie opisać to lepiej ode mnie, a ewentualny widz sam ją oceni, oglądając serię. Jest jeszcze jedna rzecz, o której chciałbym wspomnieć, a jest to oczywiście REALIZM.
Yeah, mamy sagę o jakiejś bandzie młotów, która nawala się gdzieś w kosmosie i to jest niby realistyczne? No cholera, jest. Jako przykład mogę podać jedną ze scen (moich ulubionych swoją drogą), a mianowicie
Spoiler:

śmierć Yanga. Podajcie mi drugie takie anime, w którym jeden z dwóch głównych bohaterów ginie, będąc postrzelonym w nogę! NOGĘ! I wykrwawia się na śmierć! TAK! Dla mnie uber - sama scena miała zajebisty klimat (mimo że mi ją zaspoilerowano) i nie mogłem jeszcze przez kilka odcinków uwierzyć, że on jednak zginął. Miła odmiana dla nieśmiertelnych main hero, którzy nawet po otrzymaniu 354235636 kulek są w stanie dalej walczyć.



Bohaterowie.
Pierwsze co ciśnie się na usta - dużo ich. Czy za dużo? Nie, chyba nie. Hardkorowo było na początku, gdy pojawiali się jeden za drugim i nie szło wyłapać who is who. :P Potem się to jakoś ustabilizowało, choć pamiętam, że nawet do końca serii nie pamiętałem imion niektórych z nich.
Postaci to mocna strona LoGHa (chyba najmocniejsza po fabule) i możnaby tutaj opisać każdą z nich, ale ja jednak nie jestem takim hardkorem - opiszę tylko kilka wybranych - i to raczej dość powierzchownie, bo post jest już dość długi (choć raczej poniżej średniej w temacie :P), a ja już powoli tracę chakrę. Tak więc.
Reinhard - przyznam szczerze, że nie zaliczam się do jego fanklubu, nie rozumiem też do końca jego kultu. Na pewno ciekawą postacią był, zdecydowanie nieszablonową, aczkolwiek nie wzbudził jakiejś mojej ogromnej sympatii, raczej coś bardziej na rodzaj obojętności. To znaczy oczywiście doceniam go jako władcę i jako człowieka, ale nie biszuję do niego, jednakże uważam, że był bardzo dobrą postacią na głównego bohatera. Jest natomiast jedna scena, którą śmiało mogę uznać za hmn... moe (?) z jego udziałem. Chodzi oczywiście o
Spoiler:

moment, w którym oświadcza się Hildzie. Ta scena to uber cute z jego udziałem i chyba jedyny moment w tym anime, w którym powiedziałem sobie "on jest zajebisty" :P



Yang - bardzo fajna postać, jedna z moich ulubionych w serii (na pewno bardziej niż drugi główny bohater). Klimatyczna, odniosłem wrażenie, że do niektórych rzeczy podchodzi na uwaleniu ("no dobra, powalczmy sobie skoro tak bardzo chcecie") i to wzbudza moją sympatię. Raczej 'normalniejszy' niż Reinhard - widzę w nim bardziej normalnego człowieka, a nie króla wszechświata. I dla mnie to ok, pocieszny, a więc wzbudza sympatię. :P

Oskar - so fuckin' GAR! To jest dopiero postać! Chciałbym o niej napisać coś więcej, bo to chyba był jednak mój fav (a przynajmniej ścisłe top3), ale nie potrafię napisać nic więcej poza GAR, uber i zajebistość. Zajebistość w najczystszej postaci. No i ten głos. Norio <3. GAR, GAR, GAR. No i oczywiście ta scena. Hell yeah!

Wolfgang - o nim z kolei nie potrafię zbyt wiele napisać z zupełnie odwrotnego powodu niż w przypadku Oskara. Dla mnie był trochę randomem, to znaczy takim pozytywnym randomem oczywiście i często się pojawiającym, natomiast chyba towarzystwo Oskara przyćmiło jego osobą i kojarzyłem go raczej jako "tego random kumpla największego GARa serii". :P Ale ogólnie to spoko, raczej na plus.

Paul - świetna postać. Niby trochę na dalszym planie, trochę przyćmiewany przez Reinharda (choć IMO niekoniecznie). Podobała mi się jego kamienna twarz w praktyczniej każdej (sic!) sytuacji. Gdzieś tam się niby włóczył jak rzep koło dupy, ale ja zwracałem na niego uwagę czasami bardziej niż na głównych bohaterów, bo swoją zajebistością mnie do siebie przyciągał. Jedna z moich fav postaci.

Julian - pls, no. :/ Nie to żebym go jakoś wybitnie nie lubił czy coś, ale... bywał denerwujący. Wiadomo, że to ciągle szota i w ogóle, ale mimo wszystko... Oliwy do ognia dolewał jego sepleniący seiyuu - momentami nie mogłem słuchać. Nie wspominam więc tej postaci zbyt miło.

I na koniec (prawie bym zapomniał):
Kircheis - no cóż... Reinhard x Kircheis to chyba już kanon. :P O samym Siegfriedzie ciężko mi coś więcej napisać, głównie ze względu na to, że
Spoiler:

dość wcześnie zginął i nie miał zbytniej okazji na 'rozwinięcie skrzydeł', a miał zadatki na bycie naprawdę świetną postacią. Ogólnie raczej lubiłem, choć potem został zapomniany. Niby gdzieś tam się przewijał przez tą serię we wspomnieniach itp. ale to chyba jednak ciągle mało.



Chyba tyle jeśli chodzi o ważne dla fabuły postaci. Fakt faktem było ich więcej, w swojej wypowiedzi nie wspomniałem o żadnej kobiecie (a kilka ich było: Hilda, Annerose, Frederica czy Katerose) - nie to żebym ich nie lubił czy też nie doceniał ich roli w tej serii, ale jednak nie da się ukryć, że stanowiły (mniej lub bardziej) tło dla postaci męskich przez co ciężko coś o nich pisać. Aczkolwiek - raczej miło wspominam większość z nich.
Ogólnie ciężko mi znaleźć postaci, których bym wyjątkowo nie lubił - najgorszą notą jaką mogę wystawić jest chyba skrajna obojętność. Większość natomiast raczej lubiłem.

(kończy mi się energia...)
To chyba wszystko czym chciałem się podzielić. Oczywiście po wysłaniu tego posta pojawi się zapewne milion rzeczy, o których zapomniałem wspomnieć, no ale cóż, mówi się trudno. :P Ogółem, jak łatwo wywnioskować z mojego posta - polecam serię, choć wiem, że nie trafi ona do każdego. Tylko do wybrańców. :P
Jeśli chodzi o ocenę. Hmn... chyba jednak 10, seria może nie była idealna, było kilka rzeczy, które możnaby zmienić/poprowadzić inaczej, ale nie zmienia to faktu, iż wywarła na mnie duże wrażenie, toteż zasłużenie ją tak wynagradzam. Cieszę się, że zdecydowałem się ją obejrzeć i nie wykluczam, że gdy znajdę trochę wolnego czasu, to sięgnę po nią jeszcze raz.

Postanowiłem sobie, że nie będę odpowiadał na posty poprzedników (tj. nie dzisiaj, nie mam już energii :P), ale wyłapałem dwa smaczki, które jednak muszę zacytować.

Spoiler:

Milicja napisał/-a:

Trochę zdziwiło mnie, że mimo tak zaawansowanych manewrów, tak mało głównych i mocno istotnych bohaterów ginie (na dobrą sprawę mogłabym wymienić tylko dwie persony).

Czy my na pewno mówimy o tej samej serii?
Rzeczywiście, w LoGHu giną tylko dwie główne postaci - bo tylko dwie główne postaci istnieją (Reinhard i Yang).
Natomiast jeżeli chodzi o postaci dalszoplanowe, to przecież zginęło ich mnóstwo: Kircheis, Oberstein, Reuenthal, Schenkopp i cała masa mniej lub bardziej istotnych dla fabuły randomów (na dobrą sprawę przeżyli tylko Mittermeyer i Julian). To mało? :o



alosza napisał/-a:

Ja wiem, że to ma 30 lat. (Pewnie teraz ktoś się wtrąci wytykając mi błąd, bo tak naprawdę ta seria ma x lat i ileś tam dni.) Tylko nie widzę racjonalnego powodu, dla którego miałbym pomijać ten aspekt. Wystarczy, że ustępuję starszym w tramwaju :F Animacja jest taka, jaka jest, a nie taka, jaka by być mogła w 2010 roku. Oceniam to co widzę i stwierdzam, że mi się nie podoba. Owszem, mogę na to przymknąć oko, ale też są granice.

Rotfl, ogólnie Twój cały post jest niesamowicie zabawny, ale ten fragment bardzo bardzo. :P
Generalnie to odpowiedziałem już powyżej (możesz przeczytać). Twój zarzut jest beznadziejny, nie można zarzucać serii sprzed trzydziestu lat, że nie ma grafiki na poziomie serii z tego roku. To tak jakby zarzucać Gwiezdnym Wojnom, że mają efekty gorsze od Avatara...
No i wygląda na to, że minusem tej serii jest dla Ciebie to, że tak późno ją obejrzałeś... Filmy, które nie są kolorowe tylko czarno-białe też oceniasz słabiej?
Prawo warnowania uzeli:

f - flejm
n - nabijanie postów
o - offtopic
p - niski poziom intelektualny
w - warn
Jej, ale smakowity temat i tyle czytania *_*
No, tylko pojawia się pewnie problem ,co tu napisać ,żeby nie powtarzać tego ,co napisali poprzednicy?

Post podzielę na 2 czesci.

Recenzja, (wprawdzie dość skrótowa w obliczu Waszych tekstów), zamieszczona już na innych forach. I druga część – dialog z wypowiedziami poprzedników.

Recenzja.
LOGH mnie zachwycił, chyba najlepsze anime jakie zdarzyło mi się oglądać. To anime, jakiego szukałam od jakiegoś czasu, odmienne od wielu innych "typowych", których jest sporo na rynku.
Nie ma tu nagle pojawiających się deus ex machina, magicznych czy mechanicznych czarów-marów, cudownych przenosin do innego świata, chmary nastoletnich i głupiutkich dziewczątek czy też Mary Sue/Garry Stu.

Olbrzymim plusem jest znakomicie dopracowana fabuła, bardzo rzadko spotykana w anime. Nadto, rozpatrując owe 110 epizodów, jej ułożenie i rozplanowanie nie było łatwym zadaniem. Świat jest bardzo realistyczny, a zwłaszcza relacje między bohaterami. Nie mamy tutaj łzawych historyjek romansowych, obojętne czy hetero czy yaoi/yuri.
Muzyka inspirowana Wagnerem, jak i fragmenty samego Wagnera, świetne.

Postaci są głębokie, skomplikowane charakterologicznie, a ich zachowania można racjonalnie wytłumaczyć, są sensowne i odpowiadają sytuacji. Może jedynie w tym anime podkreślono zbyt mocno etos wojownika i jego honoru, a co za tym idzie, bohaterskiej śmierci za ojczyznę (zgodne jednak jest to z kodeksem bushido, i nie tylko).

To anime wymaga pewnego wysiłku intelektualnego, a nie tylko biernego oglądania, co mi się właśnie wielce spodobało.
Widz śledzi rozgrywkę w zasadzie na wszystkich polach (od militarnego po polityczne i społeczne) między trzema głównymi mocarstwami we Wszechświecie - Cesarstwem, Sojuszem Wolnych Planet, a niezależnym od nich handlowym państwem Phezzan.

W tych 3 mocarstwach można byłoby dostrzec pewne nawiązania do europejskiej historii. Jeśli chodzi o Cesarstwo, to kojarzy mi się ono z III Rzeszą (jak i z II). Nawiązania widzę nie tyle w warstwie programowej czy politycznej sensu stricte, ale bardziej w sferze duchowości Cesarstwa. Przykładem mogą być liczne nawiązania do mitologii germańskiej i Nibelungenlied, tak częste w III Rzeszy, które się pojawiają w anime. Np. w nazwach statków (Brunhilde, Barbarossa) czy osób tj. der Wulf der Sturm, Siegfried. Bohaterowie wielokrotnie wspominają o Valhalli i rydwanach Valkyrii. Nie wspominając też o wagnerowskim tle muzycznym. O ile się nie mylę, pojawiła się w anime nazwa Neue Reich, skojarzenie, choć tylko słowne, też mi się nasunęło. Także godło cesarskie - srebrny orzeł dwugłowy ze stylizowanymi skrzydłami, można wiązać z tradycją Imperium Romanum, jak i 3 czarnych orlów - Austrii i Rosji oraz Prus.
Sojusz może być daleką analogią do USA, a także bardzo ostrożnie do ZSRR, w kwestii propagandy i przekłamania władzy, nadto zdławienia oporu za pomocą środków przemocy.

Trzeba mieć świadomość, że nawiązania nie są całkowite i praktycznie zawsze można znaleźć w nich jakieś zastrzeżenia. Anime jako sfera sztuki rządzi się prawami "licentia poetica", stąd też pełnej i przejrzystej analogii do znanej nam historii się tam nie znajdzie (i chyba na szczęście, biorąc pod uwagę moje skojarzenia z totalitarnym systemem).

Oś walki o dominację skupia się na dwóch głównych bohaterach serii. Są to: markiz Reinhard von Lohengramm, admirał Cesarstwa i Yang Wengli, admirał Sojuszu Planet, obaj geniusze wojskowi i ludzie obdarzeni niepoślednim intelektem. Prócz nich występuje mnóstwo postaci drugoplanowych, które odgrywają bardzo ważną rolę fabularną. Jednym z moich ulubionych herosów, prócz samego Yang Wenliego, jest Oskar von Reuental, wbrew pozorom bardzo niejednoznaczna i złożona postać.

Kreska jest dopracowana, wprawdzie dość staroświecka (styl Kaze to ki no uta i Sailor Moon, ale zdecydowanie ładniejszy), jednak nadaje anime specyficzny klimat. Dla mnie nadal jest idealnym wzorcem grafiki anime. Postaci są naprawdę realistyczne, można je odróżnić od siebie. Nie są kalkami jednej osoby, tyle że ze zmieniona fryzurą i barwą oczu.
Warto zwrócić uwagę na design postaci Merkatza, który przypomina Charlesa Bronsona.
Każdy biseinen (nie bisz) jest odróżnialny. Może z paroma wyjątkami, niestety: Yang i Attenborough pomijając kolor włosów, oczu i piegi (u A.) wyglądają tak samo niemal. Parę razy mi się zdarzyło, że w dalszych ujęciach myliłam jednego z drugim. To samo tyczy się Hildy i Frederiki.

Koniec tych peanów, w każdym razie, polecam LOGHa wielbicielom historii i fanatykom rozgrywek strategiczno-taktycznych, aczkolwiek mam świadomość, że nie każdemu ta seria podejdzie do gustu. Zastrzeżenia też się pewnie znajdą.

Część druga.

Suna napisał/-a:


Reinhard w drugiej części serii - wersja w mundurach z długimi włosami - nie wiem jak mogli go tak zeszpecić XD wyglądał strasznie [zwłaszcza w porównaniu z tym, jak wyglądał wcześniej].

Znacznie bardziej wolę go w wersji z długimi włosami. W krótkich, wybaczcie porównanie, ma aparycje typowego zniewieściałego bisza albo słodkiego mitologicznego chłoptasia typu grecki Ganimedes czy Hiacynt. :D Niemniej Reinhard ogólnie wygląda dość dziewczęco, bez względu na długość włosów.
Coraz bardziej się przekonuję do tego, iż Reinhard jest wersja męską Lady Oscar, zwłaszcza kiedy ma długie włosy. A charakterek też podobny. ;)

Suna napisał/-a:

Jedyna baba z serii [poza tą rudą od Juliana], której wybitnie nie trawiłam :P cieszyłam się, że padła tak szybko.


Yeah, też nie cierpię Katerose von Kreuzer, pyskate, małe i wredne.

Mocnowidno napisał/-a:

Btw. Chciałbym jeszcze poruszyć kwestię śmierci Obersteina. To znaczy, za którą z dwóch opcji się opowiadacie :P


Oberstein! Nie ukrywam, że na początku nie lubiłam typka, ale z czasem i po oglądnięciu po kilka razy niektórych odcinków zyskał moją sympatię. Był tak idealnym ucieleśnieniem makiawelicznej racji stanu, że nie sposób było go nie lubić. Nawet w jego liczbowych (ludnościowych) kalkulacjach, często przerażających, nie sposób mu było odmówić racji. W zakresie zręczności w gierkach słownych przewyższałby samego Cycerona.
trudno wybrać którąś z opcji, obie do niego świetnie pasują. Niemniej optowałabym chyba za perfekcyjnie zaplanowanym samobójstwem. :)


Suna napisał/-a:


Mocnowidno napisał/-a:

Suna napisał/-a:

2. Śmierć Yanga - rozumiem, że miało być realistycznie, ale jednak liczyłam na coś bardziej efektownego.


W sensie sam sposób jej pokazania? Jeśli tak, to raczej nie podzielam. Dla mnie śmierć Yanga pozostaje najmocniejszą sceną śmierci, jaką widziałem w animu i mango :P


Suna napisał/-a:

Dla mnie na pewno nie.

Nie chodzi mi o to, w jaki sposób zginął [chociaż ten też pozostawiał wiele do życzenia], ale raczej o to, w jaki sposób została jego śmierć ukazana [jak śmierć randoma]. Rozumiem, że dla niektórych może być to zajebiste, jednak osobiście nie jestem zwolenniczką przesadnego realizmu i często nad ten ostatni przedkładam efektowność. Liczyłam na to, że będzie patetycznie, a w moim odczuciu sposób ukazania jego śmierci był przeciwieństwem patetyczmu [chociaż zgodzę się, że można widzieć patetyzm w samym tym rozwiązaniu, jednak osobiście go chyba nie widzę].


Już śmierć Kircheisa była milion razy mocniejsza.



Tutaj się zgodzę z Mocnowidno. O ile śmierć Yanga wywarła na mnie wrażenie o sile Młota Thora, to, może to jak herezja zabrzmi, śmierć Kirchreisa mnie nie poruszyła specjalnie.

Mocnowidno napisał/-a:


Suna napisał/-a:


Nie mów, że płakałeś na tej scenie xD


Yeah, manly tears were shed. I chyba nie tylko u mnie. Wiesz, jak już pisałem, dla mnie ta scena ujęła w sobie wszystko, za co można kochać to anime.


Zachowam się jak fanka moe. *_* (I czerwone serduszka w tle). :P


Alosza, imho LOGH jest dużo lepszy niż Star Warsy, choćby fabularnie. :]

Co do kreski, jak dla mnie, ta kreska, choć ma 20 lat przewyższa o niebo kreskę współczesnych anime.
Oglądnęłam sobie dla porównania Tytanię, oparta tez na nowelach Yoshiki Tanaki i nie ma co się z LOGHem równać, ani graficznie, ani fabularnie. (Btw, Fan Hyulicka należałoby udusić).

Alosza napisał/-a:

Ale ogólnie. Kwestia estetyki.
Ta cała intertekstualność. Ten miszmasz, nawiązywanie do niemieckiego cesarstwa z jednej strony. Z drugiej na innej planecie odniesienie do antycznej kultury greckiej. Wystrój wnętrz. Ubiór tego Reinharda, epolety, peleryna. Gdzieś tam pałacyk Neue Sans Souci. To jest takie... no przepraszam, kiczowate. Pojęcie kiczu jak w pysk strzelił.

Interesujące stwierdzenie. Z pewnego punktu widzenia, rzeczywiście to mozna nazwać kiczem i się tutaj nawet zgodzę. Po prawdzie każda sztuka dworska, która tchnęła od zawsze choć po części megalomanią, trącała niekiedy o kicz. Jak się zobaczy barokowo-rokokowe wnętrza Wersalu czy Shoenbrunn, to takie wnioski współczesnemu turyście się nasuną. Mnie też, choć z racji studiów nie powinnam tak mówić o cennych zabytkach sztuki. ;)
Mnie w anime przeszkadzały ciuchy cywilne. O ile do mundurów nic nie mam, a wręcz się zakochałam w znakomicie skrojonych mundurach cesarskich, to zwyczajne ciuchy rodem z l. 80 są po prostu mało gustowne.


Fl3t05 napisał/-a:

Bohaterowie.
Pierwsze co ciśnie się na usta - dużo ich. Czy za dużo? Nie, chyba nie. Hardkorowo było na początku, gdy pojawiali się jeden za drugim i nie szło wyłapać who is who. :P Potem się to jakoś ustabilizowało, choć pamiętam, że nawet do końca serii nie pamiętałem imion niektórych z nich.
Postaci to mocna strona LoGHa (chyba najmocniejsza po fabule) i możnaby tutaj opisać każdą z nich, ale ja jednak nie jestem takim hardkorem - opiszę tylko kilka wybranych - i to raczej dość powierzchownie, bo post jest już dość długi (choć raczej poniżej średniej w temacie :P), a ja już powoli tracę chakrę. Tak więc.
Reinhard - przyznam szczerze, że nie zaliczam się do jego fanklubu, nie rozumiem też do końca jego kultu. Na pewno ciekawą postacią był, zdecydowanie nieszablonową, aczkolwiek nie wzbudził jakiejś mojej ogromnej sympatii, raczej coś bardziej na rodzaj obojętności. To znaczy oczywiście doceniam go jako władcę i jako człowieka, ale nie biszuję do niego, jednakże uważam, że był bardzo dobrą postacią na głównego bohatera. Jest natomiast jedna scena, którą śmiało mogę uznać za hmn... moe (?) z jego udziałem. Chodzi oczywiście o

moment, w którym oświadcza się Hildzie. Ta scena to uber cute z jego udziałem i chyba jedyny moment w tym anime, w którym powiedziałem sobie "on jest zajebisty" :P


Ta scena była słitaśna, nigdy nie podejrzewałam, że zobaczę rumieniącego się Reinharda, warto było tyle czekać. :)

Fl3t05 napisał/-a:

Yang - bardzo fajna postać, jedna z moich ulubionych w serii (na pewno bardziej niż drugi główny bohater). Klimatyczna, odniosłem wrażenie, że do niektórych rzeczy podchodzi na uwaleniu ("no dobra, powalczmy sobie skoro tak bardzo chcecie") i to wzbudza moją sympatię. Raczej 'normalniejszy' niż Reinhard - widzę w nim bardziej normalnego człowieka, a nie króla wszechświata. I dla mnie to ok, pocieszny, a więc wzbudza sympatię. :P

Oskar - so fuckin' GAR! To jest dopiero postać! Chciałbym o niej napisać coś więcej, bo to chyba był jednak mój fav (a przynajmniej ścisłe top3), ale nie potrafię napisać nic więcej poza GAR, uber i zajebistość. Zajebistość w najczystszej postaci. No i ten głos. Norio <3. GAR, GAR, GAR. No i oczywiście ta scena. Hell yeah!



Heh, Fl3t05, wyjąłeś mi z serca te slowa.

Mój prywatny ranking postaci.

Dwaj panowie poniżej ex aequo:

Yang *_* - tak, on miał generalnie dość olewczy stosunek do życia. I zero ambicji. Niemniej ujął mnie swoją normalnością. Niechęcią do wstawania rano, miłością do herbaty, lenistwem (i czasem taka ciapowatością). Nie ukrywam, ze dzielę z nim te trzy cechy. ^_^

Oskar von Reuenthal *_* - nah, idealny typ faceta. Wielce przystojna i męska oprawa zewnętrza, stoicyzm, zrównoważony charakter, niepoślednia inteligencja, poza jednym niestety kluczowym szczegółem. Poprzez traumę z dzieciństwa Reuental nie cierpi kobiet i traktuje je instrumentalnie. ;)

Cytat:

Ta scena?

Masz na myśli scenę śmierci? Jeśli tak, to była absolutnie zachwycająca.

Wolfgang/Muller ex aequo – Ci dwaj też normalni panowie. I wielce sympatyczni. Idealne materiały na małżonków (z kobiecego punktu widzenia).

Frederica/Hilda ex equo - obie sensowne, mądre kobiety, z dużym wyczuciem politycznym.

Oberstein/Bittenfeld - Bittenfeld by mi na pewno nie wybaczył, gdyby się dowiedział, że uszeregowałam go na równi z jego nemezis czyli Obesrteinem. Obu lubię (Obera bardziej jednak), a sceny, gdy Bittenfeld piekli się na Obersteina są rozkoszne i nadają ich relacji dodatkowego smaczku.

Reinharda lubię, początkowo myślałam, ze on będzie moim ulubionym herosem serii. Jednak potem zaczął mnie trochę denerwować. Był zbyt postawiony na świeczniku, wszyscy się nim zachwycali. Nie, mimo wszystko Reinhard stanowczo nie był normalny. Kto normalny chciałby zdobyć całe Uniwersum i utopić tron we krwi? :P

Ulubione sceny. Kolejność dowolna, w większości ex aequo. W dużej mierze pokrywają się z typami moich Przedmówców.

Spoiler:

- śmierć Reuentala - tak, tak, tak… I ten napis Mein Kaiser. Sieg Sterben…Zdecydowanie najgodniejsza śmierć w calej serii. Paradoksalnie. Warunki, w jakich Reuenthal umierał – pokonany, upokorzony, wplątany w rebelię, ranny, samotny, a jednak potrafił on tę swoją śmierć przekuć w zwycięstwo. To on zwyciężył siłą swej woli, a nie Mittermeyer. Poruszyła mnie zresztą jego kwestia wypowiedziana jeszcze na pokładzie Tristana – nie chcę umierać w piżamie na szpitalnym łózku, wolę na stanowisku admirała! *_* To się zowie godność.

-Śmierć Yanga – obie śmierci tj. Yanga i Reuentala mnie ogromnie poruszyły. Może się to wydawać dziwaczne, ale odczułam, jakby ktoś żywy, istniejący naprawdę, a zarazem mi bliski, odszedł. A to przecież tylko anime…Może dlatego, ze to anime tak naprawdę opowiada o ludziach, którzy się nie zmieniają mimo obiegu historii. A jako rzecze opening nr 1 – Zu jeder Zeit, an jeder Ort bleibt das Jun der Menschen das gleichew każdej epoce, w każdym miejscu czyny człowieka pozostają takie same
Odejście Yanga mnie poruszyło także z przyczyn, podanych już przez poprzedników – odejście w samotności ,w ciemnym zaułku, i tak głupio, z powodu przypadkowego, a jakże brzemiennego w skutki postrzału.

- Śmierć Reinharda – cóz, odejście tego herosa musiało się jakimś piętnem odcisnąć na widzu, w końcu on zapoczątkował te serie, a wraz z jego smiercia się ona zakończyła.

- Felix na ramieniu Mittermeyera - zwłaszcza okrzyk Mein Vater! mnie rozczulił. To sięganie do gwiazd już mniej. :P

- operacja "Dwugłowy Wąż" i bitwa pod Vermillion - final battle Yang vs. Reinhard, nie ma to jak starcie dwóch geniuszy taktyczno-strategicznych ;), tak samo pierwsze spotkanie na żywo tych dwóch adwersarzy i ich inteligentna rozmowa. Mój ulubiony pojedynek.

- pojedynek Reuental vs. Mittermeyer podczas rebelii tego pierwszego - obaj pokazali swe umiejętności dowódcze, nadto musieli się zmagać z wewnętrznymi rozterkami.

- pojedynek Reuental vs. Schenkopp - Reuental imponował swoją sprawnością fizyczną, Schenkopp to nie byle jaki przeciwnik.

-Śmierć Obersteina – no cóz…kwestia otwarta, czy to znakomicie wyreżyserowane samobójstwo czy błąd w kalkulacjach. Porusza to, ze nawet w ostatniej chwili myslał o tym swoim psie.

- Śmierć Bucocka - cześć i honor dla niego.

- Scena, kiedy staruszka, żona Bucocka bez słowa podaje mu żołnierski mundur... - to jej wyrozumiałe spojrzenie, uśmiech i prosty gest, bez słów. Ściskało w gardle.

- łzy Mittermeyera - po pokonaniu Reuenthala, już na pokładzie Beowulfa. Mittermeyer stoi tyłem do swych podkomendnych i patrzy na wszechswiat za szybą. Potem wydaje cieżkię i jakże westchnienie, a podwładni to odpowiednio komentują.

- rozmowa Reinharda z Mittermeyerem w gabinecie cesarskim po zduszeniu rebelii Reuenthala - słowa Kaisera - Mittermeyer, Ty musisz żyć. Z naszej czwórki tylko nas dwóch żyje... Dalej, komentarz Narratora - Mittermeyer, idąc korytarzem, walczył ze łzami i wierzył, że Kaiser w swym gabinecie robi to samo.
- Szach-mat – jedyne słowa, jakie wypowiedział Eisenach w ciągu całej serii, a jakie piorunujące wrażenie wywołały! I oglądanie zdumionych min całej śmietanki admirałów- czysta rozkosz.



Bardzo żałuję, że nie zrobiono jakiegoś Gaidena z choć małym fragmentem panowania Alexandra (zakładam, że będzie jednak panował jako mądry władca). Ciekawi mnie, jakby pokazano relacje między nim, a Felixem. I kto byłby nowym Yang Wenlim. ;) Mam dość Gaidenów, traktujących o Reinhardzie i Kirchreisie. Litości, ileż można.
I na koniec bonusik - mój mały szkic, a raczej bazgroł na szybko, z naszego, uwielbianego LOGHa. Felix & Alex - oto jakby wyglądali imho Felix von Reuenthal i Alex von Lohengramm. :)
A smile happens in a flash, but the memory of it lasts forever.
Ostatnio zmieniony przez Sędziwojka Dzisiaj 3:20, w całości zmieniany 1 raz
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

phpBB & Przemo © 2003 phpBB Group
SenpuuSociety version by Sev © 2009